Monthly Archives: Listopad 2012

Andrzejki

Mama roztopiła wosk, a Staś przygotował na ławie w dużym pokoju miskę z chłodną wodą.  Lali wosk przez dziurkę od klucza. Powiem Wam szczerze, że mama naszukała się klucza z otworem, bo większość miała tak małe dziurki, że nie nadawały się do wróżby. Znalazła więc odpowiedni klucz. Żałowała trochę, że nie ma takiego starego klucza, jakiego sama używała, kiedy była dzieckiem.  Ten był zupełnie zwyczajny. Z wyglądu, bo okazało się… ale słuchajcie!

Lali więc po kolei wosk przez dziurkę od zwyczajnego klucza. Pierwsza lała Basia, bo była najmłodsza (urodziła się minutę po Franku, pierwszym z bliźniąt). Na wodzie ułożył się kształt przypominający szczeniaka.

– Mam pieska! To piesek mamusiu! Lubię pieski – cieszyła się dziewczynka.

Następnie przyszła kolej na Frania, któremu lany wosk ułożył się w przemiłego kociaka.

– Ja mam kota! To mój kot! – pokrzykiwał Franio tańcząc wokół ławy.

Nareszcie doczekał się i najstarszy z rodzeństwa Staś. Jego kształt był dość dziwny, ale chłopiec bez trudu rozpoznał w nim tajnego agenta.

Jeszcze tylko mama polała odrobinę wosku, który ułożył się w wyraźną sylwetkę konia.

– O rany! To koń! Mam konia! – ucieszyła się i klasnęła w dłonie.

Najdziwniejsze jednak było to, że wszystkie te figurki położone na ławę ożyły i zaczęły po niej biegać. Choć nadal były woskowe – poruszały się. Jednak fakt, że były woskowe i nienaturalnej wielkości bardzo złościł tajnego agenta. Obraził się i nie chciał się bawić. Kotek natomiast łasił się do Frania, szczeniak wciąż zaczepiał Basię, a konik galopował po ławie i rżał radośnie. Wtedy mama uśmiechnęła się zagadkowo i poszła do sypialni, skąd wróciła z tajemniczym flakonikiem. Psiknęła i flakonik uwolnił delikatną mgiełkę magicznego specyfiku. Kotek prychnął i szybko stał się zwyczajnym kociakiem, szczeniak również przestał być woskową figurą, ale zamienił się w prawdziwego pieska. I koń oczywiście też – normalny, pełnowymiarowy koń stał teraz na środku pokoju i potrząsał grzywą. W końcu i tajny agent zmienił się w najprawdziwszego tajnego agenta – miał czarne okulary i płaszcz z wysoko postawionym kołnierzem.

Zaraz też zaczął pokazywać Stasiowi różne specjalistyczne sprzęty i gadżety przydatne w wykonywaniu powierzonych mu tajnych misji. Pokazał też chłopcu kilka niezłych sztuczek z obezwładnianiem przeciwnika. Basia rzucała pieskowi piłeczkę i bardzo ją śmieszyło, kiedy biegał za nią z radością i przynosił wciąż od nowa. Franio zabawiał kotka kłębkiem włóczki, z której mama chciała robić szydełkowe aniołki na choinkę. A mama – czule głaskała konia po chrapach, klepała po szyi i karmiła marchewkami.

Kiedy tata wrócił z pracy i zobaczył to wszystko – stanął i dosłownie zdębiał.  Wtedy mama opowiedziała mu, skąd to wszystko się wzięło i zaproponowała, by polał wosk i dla siebie.

– Spróbuj kochanie, ciekawe, co tobie wyjdzie – namawiała.

Tata wziął klucz, stopił jeszcze trochę wosku i wlał do miski. Każdy coś dostrzegł w wyłaniającym się kształcie, ale tata nic nie widział.

– I co? Zwykła plama – powiedział i wyjął zastygły wosk z miski.

I wtedy zobaczył – drewniany dom pod lasem.

 

Wróżyliście dziś?

Jakie zabawy andrzejkowe znacie?

Co wyszło?



Etiuda o nutkach

Z dedykacją dla ukochanego przyjaciela, który zmienił 14 lat mojego życia. Śpij kochany.

Deszcz stukał intensywnie o szyby w oknach dachowych, potem zaczął szumieć cichutko i nikt już nie zwracał na niego uwagi. Pies leżał w korytarzu, Franek przeglądał jedną książeczkę za drugą, Basia wycinała, a Staś koniecznie chciał coś ważnego sprawdzić w Internecie.

Mama otworzyła pokrywę pianina, ustawiła nuty i zaczęła grać. Dzieci rozpoznały melodię, bo mama nie grała zbyt wielu kawałków, raczej starała się opanować jakąś prostą melodię. Tym razem zagrała jedną z kołysanek. Rodzeństwo po chwili porzuciło swoje zajęcia i przybiegło pomóc mamie. Franek stanął przy klawiszach wydających wysokie dźwięki, ale tam właśnie chciała grać Basia. Staś stanął przy basowych i dodawał do granej melodii odgłosy burzy.

– Mamo, mamo, puść mnie. Ja chcę grać z nut. Jak się gra z nut? Tak? – Staś zaczął improwizować patrząc na rozłożony zapis nutowy.

Franek grał ze słuchu, ale trzeba przyznać, że rzeczywiście jego gra była harmonijna i miła dla ucha (tylko z trudem dawała się jednak wyłowić z kakofonii dźwięków). Basia próbowała go odepchnąć i krzyczała:

– Mamo! Franek niedobry! Basia tu chciała zagrać! Zagrać małe kropelki skaczące po szybie tu chciałam! Franek odejdź!

Dzieci zaczęły się szarpać, nagle zapis nutowy spadł z podstawki na klawisze, a stamtąd na podłogę. Zaczęły z niego wyskakiwać małe, frywolne nutki. Wysypały się ćwierćnuty, zaraz za nimi wybiegły ósemki. Nawet stateczne całe nuty dostojnie wyszły z kart z zapisem nutowym. Za nimi pospiesznie wybiegł klucz wiolinowy. Na karcie został samotny smętny klucz basowy i pusta pięciolinia.

Cerber – sznaucer olbrzym leżący do tej pory spokojnie w przedpokoju – nastawił uszu.

Miłe dźwięki zaczęły skakać po pokoju, klucz wiolinowy biegał za nimi próbując przywołać je do porządku . Ale skaczące nutki zdawały się go nie dostrzegać – tańczyły, biegały, rozwalały klocki, goniły się i przekomarzały ze sobą. Jedna z nutek wskoczyła na żyrandol, zaraz dołączyły do niej dwie kolejne.

Kiedy nutki już całkiem się rozbrykały, pies wstał i powoli wszedł do pokoju. Szczeknął dwa razy, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Nikt poza dwiema nutkami, które wskoczyły mu na grzbiet chcąc się przejechać. Cerber próbował je zrzucić, ale bezskutecznie. Zaczął więc gonić pozostałe rozbrykane dźwięki, ślizgał się przy tym i łapy komicznie się mu rozjeżdżały. A za  nim biegały dzieci i popychały go .

– Cebel, Cebel – wołała Basia, która wciąż wołała Cerberka imieniem, które nadała mu, kiedy była malutka.

– Cerber, tam są nutki, łap je! – wołał Staś, a nutki uciekały śmiejąc się radośnie.

Kiedy pies goniąc kilka nutek wszedł gwałtownie w zakręt, wpadł w poślizg i musiał aż przysiąść na zadzie.

Tymczasem góra od pianina powolutku się uchyliła i pojawiły się czyjeś uważne oczy. Kiedy zobaczyły ogólny rozgardiasz, ich właściciel zdecydował, że może wyjść z pianina przez nikogo nie zauważony. Był to zły Hałas – złoczyńca i banita z Krainy Dźwięku. Kiedy wyszedł ze swej kryjówki – rozpylił w powietrzu zły czar. Nutki pochowały się wystraszone, a żadne z dzieci nie mogło się ruszyć.  Basia chciała krzyczeć do Stasia, by jej pomógł, ale pod wpływem czarów złoczyńcy, nikt nie mógł usłyszeć żadnego dźwięku. Staś próbował krzyknąć do siostry, ale Basia widziała tylko ruch jego ust. Krzyknęła do braci, że nic nie słyszy, ale chłopcy nie słyszeli jej.

W pewnym momencie Cerber podniósł łeb do góry i zaczął śpiewać. Był to cichutki, z początku niesłyszalny, bardzo niski dźwięk. Pies wył bardzo nisko, ale bardzo głęboko i ten dźwięk stopniowo odbierał Hałasowi jego złą moc. Jego czar pod wpływem cichej, spokojnej i dostojnej pieśni psa, stawał się coraz słabszy. Pozbawiony mocy Hałas czym prędzej czmychnął z powrotem do pianina. Ale poprzysiągł sobie, że jeszcze powróci (oj, powróci! Ja mogłabym dodać, że jest u nas w swoim żywiole).

Jeszcze chwilę w powietrzu unosiła się pieśń Cerbera, ale i ona już cichła. Urzeczone jej mocą nutki powychodziły z ukrycia, unosiły się w powietrzu, delikatnie wirowały. Tańczyły swobodnie, ale już bez poprzednich szaleństw. Kiedy pies umilkł popatrzył na wszystkich wesoło, podszedł do pani i wsadził jej swą głowę pod dłoń domagając się pieszczot.  A nutki  zawstydzone swoimi swawolami ustawiły się w kolejce i wskoczyły znów każda na swoje miejsce na pięciolinie.



Błotoludki – część trzecia: Ucieczka

Dzieciaki wbiegały po schodach, coraz wyżej i wyżej. Za nimi biegły uwolnione zwierzęta. Nie oglądali się za siebie, ale nikt ich nie gonił. Król Bagien i większość jego poddanych nie mieli pojęcia o ucieczce więźniów, a pokonane przez dzieci gnomy bały się pokazać władcy.

Kiedy byli już naprawdę wysoko i zdawało się, że droga na powierzchnię bagna dobiegać będzie końca – zmęczenie wspinaczką było już dla dzieci wyraźnie odczuwalne. Wtedy pojawiła się przed nimi zła czarownica – ta sama, która zamieniła dobrą wróżkę w glinianą figurkę, ta sama, którą dzieci zaplątały w włóczkę. Jej oczy błyszczały gniewem, pałała żądzą zemsty:

– O, mam was potworne dzieciaki! Myślicie, że można mnie złapać, upokorzyć, zmywać moje złe czary z dobrych wróżek, które opowiadają zwierzętom baśnie o elfach i leśnych wróżkach? – skrzeczała zbliżając się do dzieci z rozpostartymi szponami.

Basia krzyknęła:

– Ty wstrętna Bajajago! Nie uda ci się!

– Uciekacie od Króla Bagien, co? Ha ha ha prosto w moje ręce! Już ja wiem, co trzeba z wami zrobić – i nie będę się bawić w żadne czary – kontynuowała jędza.

W tym momencie chwyciła Basię z zamiarem wsadzenia jej do worka trzymanego w drugiej ręce. Basia wyprężyła się, zaczęła wić, jak węgorz i wbiła swoje ostre ząbki w suchą i żylastą rękę czarownicy. Ta zawyła z bólu i odruchowo rozluźniła uchwyt.  Staś z całej siły popchnął wiedźmę, Franek kopnął ją w goleń. Starucha nie poddawała się jednak i próbowała chwycić któreś z dzieci i schować do worka. Wtedy jednak nadbiegła wilczyca i rzuciła się na jędzę ze swoimi ostrymi zębami, dzik szarżował rozpędzony bodąc swymi szablami pod żebra, ryś wbił swe pazury i nawet jeleń przyłączył się do tej walki. Pokonana czarownica stoczyła się po schodach w głąb bagna.

Jednak hałas wywołany walką zaalarmował złego władcę bagien i postawił na nogi jego sługi – bagienne gnomy. Zaraz też rzucili się w pościg za uciekinierami.

Tymczasem rodzeństwo było już mocno zmęczone wspinaczką po stromych schodach, wystraszone po walce ze złą czarownicą. Ich tempo ucieczki wyraźnie spadało. A pogoń była coraz bliżej. Na szczęście zwierzęta po raz kolejny przyszły im z pomocą. Wilczyca wzięła Basię na swój grzbiet, Staś siadł na dzika, a Franio koniecznie chciał dosiąść rysia, jednak ten – choć naprawdę imponujących rozmiarów – nie dałby rady uciekać z chłopcem na grzbiecie. Chcąc nie chcąc Franek musiał skorzystać z pomocy jelenia.

Kiedy udało im się wydostać na powierzchnię bagna – wciąż musieli uciekać, bo bagno próbowało ich wciągać. Zwierzęta z trudem odnajdywały pewny grunt, pojedyncze kępy traw.  Okazało się jednak, że błotoludki pospieszyły im z pomocą i już od jakiegoś czasu budowały z błota i patyków solidniejszy pomost. Pomagała im przy tym dobra leśna wróżka. Uciekającym dzieciom i zwierzętom udało się w końcu dotrzeć do tego pomostu ratunkowego i przestały tonąć w bagnie.

Uratowani pobiegli do wioski błotoludków, pożegnali się z wilczycą, rysiem, jeleniem i dzikiem. Zwierzęta szczęśliwe, że nareszcie mogą zobaczyć drzewa i znajomy las pobiegły do swoich dawnych kryjówek i zarośli. Dzieci uklękły na ziemi, by pożegnać się z błotnymi skrzatami, a potem pobiegły do mamy:

– Mamo! Poznaliśmy błotoludki – krzyczeli zbliżając się do niej.

– Właśnie widzę – uśmiechnęła się mama na ich widok – wy sami wyglądacie jak błotoludki. Moje wy błotne skrzaty. Chodźmy na targ.

 

Część pierwsza: Błotoludki i leśna wróżka

Część druga: Błotoludki i Król Bagien



Błotoludki – część druga: Król Bagien

Błotoludki płacząc wyjaśniały dzieciom, że Król Bagien regularnie je gnębi, pobiera od nich wysokie daniny, a raz na jakiś czas żąda, by dostarczali mu jednego z błotoludków na służbę. Kiedy dowiedział się, że u skrzatów są prawdziwe dzieci – zażądał ich. Jednak błotoludki odmówiły mu oddania dzieci, ze względu na wdzięczność za okazaną pomoc. A poza tym – jak stwierdziła jedna skrzatka – dzieci im zaufały, nie mogą ich narażać na niebezpieczeństwo. Basia, Franek i Staś wciąż jeszcze byli tak maleńcy, jak palec wskazujący dziecka, ponieważ eliksir nadal działał.

Wtedy Król Bagien wydał rozkaz bagiennym gnomom, by porwały troje dzieci błotoludków i powiedział, że odda je błotnym skrzatom w zamian za ziemskie dzieci.

Jednak błotne skrzaty, znając już dobrze fałszywą i złą naturę Króla Bagien, wiedziały, że nie dość, że nie odda porwanych wcześniej skrzaciąt, to jeszcze z pewnością wkrótce znów wyśle swoje sługi, by porwały trójkę rodzeństwa. Dlatego postanowiły ukryć dzieci. Zaprowadzili je do pnia po ściętym drzewie, pień ten był już w środku pusty, więc można było urządzić tam prowizoryczną izbę. Przyszła tam też stara skrzatka, a wraz z nią kilka błotoludziątek – czyli małych błotoludków. Zaczęła opowiadać baśnie o gnomach, elfach i skrzatach, a czas szybko płynął.

Niestety, jeden ze skrzatów był zdrajcą i postanowił donieść szpiegom Króla Bagien o miejscu ukrycia dzieci. Zaprowadził więc gnomy prosto do kryjówki.  Bagienni bez trudu porwali ukrywające się dzieci.

Zadowoleni, że powierzona im przez władcę misja została zakończona powodzeniem – wciągnęli troje dzieci w głąb bagna. Śmierdziało tu zgnilizną, butwiejącymi roślinami. Wszędzie też uwijały się paskudne bagienne gnomy.

Kiedy Król Bagien zobaczył, że dzieci są wielkości skrzatów zaczął się śmiać.

– Po co mi takie maleństwa! Chcę normalne dzieci! Dawać mi tu eliksir – wrzasnął do jednego ze swych sług.

Ten szybko wrócił z jakąś buteleczką i podał ją królowi. Był to eliksir przywracający normalny wygląd zaczarowanym istotom. Staś szepnął do rodzeństwa, żeby go wypili, bo jak będą duzi to łatwiej się wydostaną z tego strasznego miejsca.

Kiedy dzieci wypiły eliksir – znów stały się duże. Gnomy były teraz o połowę mniejsze od nich. Ale było ich dużo i świetnie się odnajdowały w półmroku, w przeciwieństwie do dzieci, które nie znały tego miejsca.

Dzieci zaprowadzono do wielkiej i ciemnej sali, na środku której stał brudny stół. Dostały posiłek – wstrętną, szarą breję na obiad. Danie śmierdziało podobnie, jak całe bagno i żadne z dzieci nie chciało tego tknąć.

– Nie chcę, nie lubię – powiedziała Basia i odsunęła miskę od siebie.

Franek posunął się dalej i po prostu wywalił miskę do góry dnem, a jej zawartość znalazła się na podłodze.

Wtedy Król Bagna wściekł się, zaczął krzyczeć, rzucać talerzami, wstał i tupał nogami ze złości.

– Będziecie to jeść! Musicie! Nie ma grymaszenia!

Dzieci schowały się pod stół, skąd przypatrywały się miotanemu wściekłością królowi. I bardzo ich to śmieszyło, więc chichrali się cichutko, choć wciąż bali się tego okrutnego władcy. Kiedy atak wściekłości minął, Król Bagna przykazał gnomom pilnować dzieci, a sam udał się do swojej komnaty – miejsca najbardziej śmierdzącego i najbardziej przygnębiającego w całym bagnie.

Dzieci wyszły spod stołu i rozejrzały po sali. Była przestronna, ale ciemna, smutna i brudna. Oświetlały ją tylko bagienne płomyki. Z jednej strony do góry prowadziły wąskie i strome schody, z boku znajdowały się boksy, w których zamknięte były wciągnięte w bagno smutne, uwięzione zwierzęta, które tęskniły za słońcem, wiatrem i zieloną trawą. Franio zauważył szarą wilczycę i rysia, z pędzelkami na uszach. Był też potężny dzik i jeleń. Podeszli do zwierząt.

– O wilk! Wilk to jak piesek – ucieszyła się Basia  – ja lubię pieski – dodała i pogłaskała pysk wilczycy, która podniosła łeb i spojrzała jej prosto w oczy.

– I kotek, zobacz – Franio wskazał rysia – ja lubię kotki.

Staś obiecał rodzeństwu, że znajdzie sposób, by ich stąd wyciągnąć.

– I zwierzątka też?- dopytywał Franio

– Jasne, że tak brachu, te zwierzaki również uratujemy – zapewnił go Staś.

Staś przyglądał się schodom domyślając się, że to one wiodą na powierzchnię. Gnomy jednak cały czas ich obserwowały i pilnowały. Zawołał więc rodzeństwo do siebie i wytłumaczył im swój plan. Plan ten zakładał pokonanie tych kilku gnomów bezpośrednią walką przy użyciu kopnięć i uderzeń. A w takiej walce wręcz Staś czuł się świetnie, Franek poszedł w jego ślady i tak mocno szarpał i popychał bagiennych, że stanowił prawdziwą pomoc. Jednak to zapalczywość i ostre ząbki Basi przeważyły ostatecznie szalę i gnomy zostały pokonane. Dzieci jeszcze szybko otworzyły boksy, w których uwięzione były zwierzęta i ruszyły w stronę schodów.

– Zaraz! – zatrzymał się Franek – a porwane dzieci błotoludków?

Staś i Basia również się zatrzymali. W tym ciemnym pomieszczeniu nie mogli dostrzec skrzaciątek. Nagle w jednym rogu sali błędny ognik rozpalił się mocniej i zamigotał. Staś ostrożnie podszedł w to  miejsce i zobaczył w klatce uwięzione małe błotoludki. Szybko je uwolnił i pobiegł z nimi w stronę schodów krzycząc do pozostałych:

– Mam ich! Biegnijcie do góry, musimy się spieszyć!

Część pierwsza: Błotoludki

Część trzecia – Ucieczka :)



Next page →