Monthly Archives: Luty 2013

Shila, czyli jak skrzaty zza pianina sprowadziły do domu psa

Kiedy mama po raz pierwszy pomyślała o tym, że trzeba zacząć rozglądać się za nowym psem – domowe skrzaty mieszkające za pianinem szybko podchwyciły temat.

Mądralek powiedział:

– Teraz musimy działać. To nasza szansa na uratowanie jakiejś dobrej wróżki i ściągnięcie jej do nas. Wiecie przecież, jak domowe skrzaty potrzebują takiej wróżki! Tylko z jej obecnością pod wspólnym dachem wszystkie skrzaty są szczęśliwe.

– I rodzina, prawda? – zapytała jedna ze skrzatek.

– Tak, masz rację – rodzina chroniona czarami dobrej wróżki również.

I skrzaty domowe zabrały się za przygotowania. Posłały wiadomości do Klanu Dobrych Czarodziejek z zapytaniem o dobrą wróżkę dla ich rodziny. Odpowiedź długo nie nadchodziła. W oczekiwaniu na wieści skrzaty knuły jednak swoją intrygę – powyciągały z półek książki o psach, przełączały telewizor na reklamy z psami, sprytnie włączały na laptopie strony z psami. W jakiś czarodziejski sposób wpływały również na to, że mama z dziećmi spotykała dużo psów na spacerach – choć skrzatów domowych już przy tym nie było i nie bardzo można było zrzucić to na ich działania.

A działania te okazały się bardzo skuteczne. Mama z Basią podłapały temat. Ulubioną zabawą dziewczynki było bawienie się w pieski, a jej ulubione bajki to „Zakochany kundel”, „101 dalmatyńczyków”, „Clifforfd” i „Reksio”. Franek dla zachowania jednak pewnej równowagi zaczął mocniej sympatyzować z kotami. Tymczasem Staś interesował się Lego Ninjago i Spidermanem, ale cóż… mocna ofensywa skrzatów, oraz Basi i mamy robiły swoje. Wkrótce cała rodzina czekała już na psa. Rodzice podjęli decyzję o adopcji psa.

Klan Dobrych Czarodziejek dotarł do kilku malutkich i smutnych wróżek, które były uwięzione. Jedna z nich – Shila – była tam dość dobrze traktowana, ale nie miała nikogo do kochania i nikt też jej nie kochał. Zapomniała o wszystkich swoich mocach i czarodziejskich umiejętnościach.

shila w schronisku
Shila w schronisku – zdjęcie z forum dogomanii

Dobra Czarodziejka Marako, oraz jej pomocnice Grace Pełna Gracji i jej córka Honda, a także czarodziejka Tajga pomagały wróżce Shili odzyskać moce i umiejętności. Dobre Czarodziejki posłały do skrzatów posłańca.

– Hej Skrzaty domowe! – wykrzyknął posłaniec na powitanie – mam wieści z Klanu Dobrych Czarodziejek! Jest wróżka dla waszego domostwa. Jeszcze troszkę słaba i bez czarodziejskich mocy, ale Czarodziejki już z nią się bawią i wkrótce będzie mogła do was przyjechać. – opowiadał posłaniec – a jak sprawy tutaj? – zapytał.

– Decyzja podjęta. Tata i mama chcą adoptować psa i ciągle szukają. Mają jednego chłopaka na oku.

– O! którego? – zapytał posłaniec.

– Sznaucera o imieniu Bruner.

– Oj, niedobrze, niedobrze – posłaniec pokręcił głową – Bruner jest świetnym psem, ale niestety nie jest przeznaczony dla waszego domu. On dość lekko traktuje swoje czarodziejskie moce i mógłby któremuś z dzieci wyrządzić krzywdę. Musimy nad nim jeszcze popracować – powiedział posłaniec. A potem dodał:

– Spróbujcie trochę naprowadzić mamę i tatę na Shilę, bo ona jest wam właśnie przeznaczona.

Skrzaty podziękowały posłańcowi i znów wzięły się mocno do pracy.

Kiedy mama dowiedziała się, że Bruner nie będzie mógł zostać członkiem ich rodziny  – poszła kroić cebulę, by nikt nie pytał o łzy, które się pojawiły. Wkrótce jednak skrzaty w sprytny sposób pokazały jej Shilę. Mama nie miała pojęcia o działaniach skrzatów. Skontaktowała się z czarodziejką Marako w sprawie Shili.

A wróżka Shila pod czujnym i troskliwym okiem czarodziejki Marako z Klanu Dobrych Czarodziejek nabierała wprawy w dobrej magii, nabierała radości życia i pewności, rozkwitała.

Wkrótce rodzice wraz ze Stasiem, Basią i Frankiem mogli udać się do krainy Marako, by zabrać Shilę do siebie.

– Może polecimy latającym dywanem? – zaproponowała mama.

– Kochanie, myślę, że Shila może bać się lecieć dywanem. A jakby spadła? – zauważył tata.

– Masz rację. Wciąż jeszcze pamiętam, jak lataliśmy dywanem z Cerberem, ale on był nasz i nam ufał.

– Weźmy samochód.

I pojechali całą piątką do krainy Marako.

Czarodziejka Marako, wraz z Grace Pełną Gracji, Tajgą i Hondą, oraz Shilą przywitały ich bardzo serdecznie. I Marako z bólem, ale i satysfakcją   że znów spełniła swą misję przywracania dobrych wróżek rodzinom przekazała cudną, dobrą i łagodną wróżkę Shilę.

Kiedy w końcu wszyscy dojechali z powrotem do domu, domowe skrzaty wyszły  zza pianina i bardzo serdecznie przywitały nową wróżkę.

– Witaj piękna Shilo – zaczął uroczyście najstarszy ze skrzatów – cieszę się, że znalazłaś swój dom, swoich ludzi do kochania.

– Witam – odparła Shila – wybaczcie, czuję się jeszcze trochę niepewnie. To dla mnie zupełna nowość.

– Będzie ci tu dobrze, zobaczysz – dodała stara skrzatka i pogłaskała psiaka czule za uszkiem.

Ani rodzice, ani dzieci nie przypuszczali, że nowy psiak jest w istocie dobrą wróżką, która otoczy ich czarodziejską opieką.

Shila w domu
Shila w domu

 

Jestem przekonana, że opowieści o przygodach z udziałem Shili będą często się pojawiać.

Myślicie o piesku? My po odejściu Cerbera wiedzieliśmy, że w naszym domu znów pojawi się pies. Zdecydowałam się na adopcję psa w typie rasy sznaucer, bo mówi się, że „raz sznaucer – zawsze sznaucer” i coś tym jest! Szukając psa dla nas oglądałam też zwykłe kundelki i psy w  typach innych ras, które zawsze mi się podobały. No i śliczne, no i potrzebujące, ale jednak to przy sznaucerach widziałam w wyobraźni całą naszą rodzinę w lesie, na spacerze, albo tego psa u nas w mieszkaniu. I mocniej biło mi serce. Raz sznaucer – zawsze sznaucer!

Jeśli macie podobnie to polecam adopcję:


Adopcje Sznaucerów



Tłusty czwartek

Powiedział mi Bartek, że dziś Tłusty Czwartek!

pączki
a te już sama zrobiłam i…. wyszly!

 

 

– Tłusty Czwartek! – wykrzyknął Staś wpadając do sypialni rodziców.

Kiedy wszyscy zjedli już śniadanie, a mama we względnym spokoju wypiła kawę z mleczną pianką – dzieciaki zaciągnęły ją wreszcie do kuchni, by usmażyła pączki z różą.

Potem troje dzieci – bliźniaki Basia i Franek, oraz Staś – zabrali się za wsypywanie mąki (800 g) i cukru (100g) do dużej miski, powyciągali jajka (6 jajek – 4 całe i dwa żółtka według przepisu) z lodówki i przyglądali się, jak mama robi rozczyn drożdżowy do ciasta (28 g świeżych drożdży i 1,5 szklanki mleka, troszkę mąki i dwie łyżeczki cukru), następnie mama rozpuściła 100g masła i dodała do ciasta. Ostatnim krokiem było dodanie 50 ml alkoholu (wódki, rumu). Basia trzymała robot kuchenny z hakiem do ciasta drożdżowego, ale kiedy mama włączyła – szybko oddała robot Frankowi. Staś tymczasem czytał na głos przepis z internetu.

Kiedy ciasto było już wyrobione – pozostawili je do spokojnego wyrośnięcia (ok. 1,5 godziny)

Tymczasem za oknem wciąż padał śnieg.

Po upływie ok. 1,5 h mama wyjęła lepiące się wyrośnięte ciasto, które pachniało (ja lubię ten zapach!) drożdżami, ułożyła je na posypanym mąką blacie, rozwałkowała, a dzieci pomagały jej wycinać szklanką krążki. Każde chciało, zaczęli więc wyrywać sobie szklankę i przepychać się nad rozwałkowanym ciastem. W pewnym momencie Basia pociągnęła Franka, który stracił równowagę. Ten, by nie spaść – chwycił to, co było najbliżej – worek z mąką. Jednak to nie uratowało go przed upadkiem – za to mąka została rozsypana.

Jakież było ich zdziwienie, gdy z kupki mąki wyfrunęła gruba jak pączek, okrąglutka i cała biała – wróżka!

Mama pozostawiła pączki do wyrośnięcia na ok 20 minut.

Wróżka uniosła się trzepocząc skrzydełkami nad pączkami i posypała je magicznym pyłkiem. Pączki zaczęły rosnąć.

Potem mama rozgrzała w płytkim, szerokim rondlu smalec i zabrała się za smażenie pączków. Przeganiała dzieci z kuchni, by gorący tłuszcz nikogo nie poparzył, ale dzieciaki z pokoju wołały chórem:

– Pączki, pączusie! chcemy zjeść pączki!

A wróżka latała wokół ich główek, porywała te okrzyki i zanosiła do kuchni.

Po usmażeniu pączków mama spróbowała nadziać je konfiturą z płatków róży. To z tej róży, którą wraz z dziećmi latem zbierała z róży jadalnej rosnącej tuż przy bzie. Potem babcia w czarodziejski sposób zamieniła płatki kwiatów w konfiturę.  Mama roztarła różaną konfiturę z odrobiną owocowej marmolady.

– No, jeszcze tylko polukruję i będziecie mogli spróbować – zawołała mama.

– Możemy ci pomóc? – spytała Basia

– Jasne – westchnęła mama i odsunęła się, bo właśnie nadjeżdżały trzy krzesełka, na których zaraz stanęli jej pomocnicy.

A wróżka? Nadal latała nad pączkami i chyba musiała rzucać jakieś swoje dobre zaklęcia, podczas gdy dzieci lukrowały łakocie.

 

Baśń ma też swoją drugą, mroczną stronę!!!

Boję się napisać o walce, którą mama stoczyła z okropnym gnomem od konfitury, który wypaprał konfiturą całą kuchnię i całą mamę, a nie chciał wleźć do wnętrza pączków, i o wrednym Smalcorze, który poprzypalał pączki. I o mrocznym Lukrze, który zamiast pomóc mamie pokryć pięknie pączki to oblepił wszystko dookoła.

Oj walka była, do tego walka z Czasem.

Ale dzielna mama i jej pomocnicy dali radę i dzięki dobrej wróżce pączki wyszły tradycyjne – o smaku i wyglądzie prawdziwych pączków.