Tag Archives: babcia

Ferie u babci i dziadka

Z dedykacją dla babć i dziadków :)

Rozpoczęły się ferie. Basia, Franek i Staś pojechali na dwa tygodnie do babci i dziadka. Dzieci wiedziały, że tam będą mieć zupełnie wyjątkowy czas, że babcia codziennie będzie przygotowywać pyszności, dziadek będzie się z nimi bawił i zabierał ich na niezwykłe wędrówki, przygotuje też trasę zjazdową w ogrodzie za domem. Pierwsze dwa dni tak upłynęły. Dzieci wstawały późnym rankiem, troszkę kaprysiły przy śniadaniu, a babcia każdemu dawała śniadanie na indywidualne zamówienie. Basia zjadała więc kiełbaskę na gorąco, albo kromkę chleba z masłem, Staś wybierał mleko z płatkami, lub słodką bułeczkę, Franio chętnie zjadał kanapkę z żółtym serem. A babci wyraźną radość sprawiało dogadzanie wnuczętom. Potem ubierali się w kombinezony i wychodzili do ogrodu, gdzie dziadek specjalnie dla nich przygotował tor i rampę do wspaniałej jazdy na sankach. Dzieciaki wywracały się i wpadały w zaspy, a każdej wywrotce towarzyszyły salwy śmiechu. Następnie zarumienieni wracali do domu, zjadali obiad, siadali przy niskiej ławie i wycinali, rysowali, projektowali, sklejali i ozdabiali swoje dzieła.

Kiedy nastawał wieczór dzieciaki długo walczyły ze snem, a babcia cierpliwie czytała im baśnie i opowieści.

– Jeszcze jedną, ale teraz długą, dobrze? – prosiło jedno z dzieci.

– To teraz jedną dla mnie – prosiło drugie.

– Siku – pisnęło trzecie i cała trójka biegła do łazienki. W końcu jednak zmęczenie wygrywało i dzieci spokojnie zasypiały.

Jednak trzeciego dnia wydarzyło się coś strasznego. Tego dnia było dość ciepło, jak na styczeń. Nie tak ciepło, by stopić śnieżne zaspy, ale wystarczająco, by wyczarować długie i lśniące sople zwisające z dachów. Babcia z dziadkiem zaproponowali spacer po lesie. Wybrali się więc wszyscy specjalnie dla turystów przygotowaną trasą spacerową – wzdłuż strumienia. Kiedy weszli do lasu przebiegły im przez drogę dwa szare wilki. Jeden z nich stanął na chwilę, spojrzał w ich stronę i wyszczerzył zęby. W tym momencie babcia i dziadek zamienili się w lodowe rzeźby. Nie mogli się poruszyć, byli, jakby wykuci z lodu. Wilk był bowiem złym czarnoksiężnikiem, który rzucił na nich swój urok.

100_2259s

– Nie chuchajcie na nich, ani ich nie dotykajcie – powiedział Staś – bo się rozpuszczą, staną się kałużą wody.

– O nie! – jęknęła Basia – Co zrobimy? – spytał Franek patrząc na starszego brata.

– Musimy znaleźć jakiś sposób, jakiś czarodziejski ratunek – powiedział chłopiec i wziął rodzeństwo za ręce.

Wtedy zobaczyli całą zgraję maleńkich śnieżnych duszków-elfów, które unosiły się wokół lodowych postaci babci i dziadka trzepocąc leciutkimi skrzydełkami.

– Czy możecie nam pomóc odczarować babcię i dziadka? – spytała Basia.

Wszystkie duszki równocześnie kiwnęły główkami potakująco. Jeden z nich poleciał do ściany lasu, za nim udały się pozostałe srebrzyste elfy. Dzieci niepewnie ruszyły za nimi. Duszki leciały oglądając się za siebie, dzieci próbowały nie stracić ich z oczu. Wchodzili coraz głębiej w las, a z potrącanych gałązek sypał się na dzieci śnieg. W ten sposób elfy doprowadziły trójkę dzieci do czarodziejskiej polany. Kiedy dzieci odchyliły gałązki pokryte śniegiem i wyszły z gąszczu na polanę – zrozumiały, że chwilę wcześniej przeszły przez zaczarowaną furtkę do krainy baśni.


100_2300

Polana pokryta śniegiem skrzyła się w tęczowych promykach, które padały z góry. Na środku znajdował się podwójny tron wykuty w lodzie, a na nim siedział król i królowa. Królowa z miłym uśmiechem skinęła na dzieci, które podeszły niepewnie bliżej. Król przyjrzał się im ze srogim wyrazem twarzy, dlatego Basia zawahała się nieznacznie.

Wtedy Staś postąpił krok naprzód, ukłonił się nisko i powiedział:

– Przybyliśmy do was, Wasza Wysokość, w poszukiwaniu czarodziejskiego ratunku. Nasza ukochana babcia i nasz kochany dziadek zostali zamienieni w lodowe posągi. Duszki przyprowadziły nas tutaj, przed Wasz Majestat.

– Kto zamienił ich w lodowe posągi? – zapytała królowa.

– Jakiś wilk – opowiedział Franek Wtedy król z królową wymienili spojrzenia.

– To podły czarownik! – krzyknął król – tym razem przegiął, to znaczy, ekhm, miałem powiedzieć – grubo przesadził! Ja rozumiem wiele, ale przecież, moja droga… przecież te dzieci tam były! Przecież tego nie mogę tolerować! Wojna!

Król był wyraźnie zdenerwowany, zaraz też wydał jakiś rozkaz i odszedł. Królowa zwróciła się do Basi:

– Babcię i dziadka możecie odczarować tylko w jeden sposób – królowa podała Basi dwie fiolki z czarodziejskim płynem

– Pamiętaj, że musisz ostrożnie wlać im eliksir przez usta do serca.

– A my? Co my mamy zrobić? – spytał Franek.

– Powinniście w domu zaopiekować się babcią i dziadkiem, zrobić im coś ciepłego do picia, poczytać im, posprzątać i pozwolić dochodzić do siebie. Dacie radę?

– Tak, damy radę! – odpowiedzieli chłopcy chórem.

Dzieci podziękowały królowej za poradę i czarodziejski eliksir i pobiegły do dziadków, a z nimi leciały maleńkie śnieżne duszki. Basia ostrożnie wlała magiczny płyn. Kiedy babcia z dziadkiem odzyskali kolory i czucie, wszyscy postanowili wrócić do domu. Ponieważ w czasie działania złego czaru rzuconego przez czarnoksiężnika babcia z dziadkiem nic nie czuli – nic też nie pamiętali. Mówili więc tylko do siebie i do swoich wnuków, że bardzo zmarzli podczas tego spaceru.

W domu chłopcy zrobili im kawę, Basia podała ciasto upieczone przez babcię przed południem. Staś podał dziadkowi pilota do telewizora, a Franek pozmywał naczynia. Babcia tuliła się do dziadka pod ciepłym kocem, a Staś czytał im na głos gazetę. W porze kolacji dzieci same przygotowały posiłek i podały ukochanym dziadkom gorącą herbatę z malinami.

– Tak bardzo cię kocham babciu! – powiedział Franio zarzucając babci ramiona na szyję

– Tak bardzo cię kocham dziadku! – powiedziała Basia gramoląc się dziadkowi na kolanach

– Ja też! – dodał Staś.

 

Tymczasem król ze swoim wojskiem złożonym z najodważniejszych lodowych elfów musiał wytropić, porwać i uwięzić złego czarnoksiężnika. Ale to zupełnie inna historia.

 

Wszystkiego najlepszego dla kochanych babć i dziadków! Macie specjalne miejsca w naszych sercach!



Osiołek i opowieść o Narodzinach

 

osiołek

To był fajny czas. Za oknem zrobiło się biało i cicho, w domu pachniało. W salonie dominował zapach świerku. Raz bardziej przebijał się zapach przyprawy do pierników i pierniki kusiły zwieszając się z zielonych gałązek. Za chwilę mocniej czuć było zapach drożdżowego ciasta, które rosło w oczekiwaniu na masę makową. Pachniało też pieczonym pasztetem i kapustą z grzybami. A wszystkie te zapachy świetnie się uzupełniały i wprowadzały świąteczny nastrój.

Rodzice krzątali się pakując  wszystkie wiktuały i dużo ubrań, w końcu zabrali dzieciarnię i psa i wyjechali na święta do babci i dziadka.

U babci do poprzednich aromatów dołączyły się kolejne, choinka skrzyła się światełkami i kolorami, a okna w kuchni pokrywały się parą. Dzieci przepędzono z kuchni. Wyszły więc do ogrodu, śniegu było niewiele, ot tylko tyle, by zostawić ślady butów. Poszli za dom, a potem pod las. Stał tam paśnik dla saren wypełniony sianem. Franek zauważył, że za paśnikiem stoi jakieś zwierzę. Podeszli ostrożnie bliżej i zobaczyli, że to mały osiołek, okrąglutki, ze skudlonym futerkiem i kłapniętymi uszami.

– Cześć osiołku – powiedziała odważnie Basia i wyciągnęła rękę do zwierzaka. – jestem Basia, a to moi bracia.

– Witam – odpowiedział osiołek.

– Smakuje ci to sianko? – zapytał Franek.

– A może chcesz słodkiej i soczystej marchewki – zaproponował Staś.

– Pamiętacie? Mama mówiła o wolnym miejscu dla kogoś, kto nie ma gdzie zjeść wigilijnej wieczerzy, zaprośmy osiołka – powiedziała Basia do chłopaków.

– No co ty, osiołka do pokoju? Do stołu? – Staś nie był zachwycony pomysłem siostry.

– To może do komórki? Tam mu damy marchewki, okryjemy go kocykiem. Co ty na to? – niezrażona zwróciła się do osiołka.

Osiołek kiwnął głową na zgodę i udał się za dziećmi. Wszedł za nimi do ciepłej komórki, w której dziadek trzymał różne sprzęty ogrodnicze. Była ciasna, ale udało się wygospodarować wygodne miejsce dla osiołka. Basia pobiegła do spiżarki po marchewki, a chłopcy przynieśli pled (ulubiony pled dziadka! A co!) i przykryli osiołka. W komórce było ciepło i przytulnie.

Osiołek ułożył się wygodnie, a dzieci usiadły wokół niego na podłodze.

– Dziś jest wyjątkowy dzień, wiecie? – powiedział osiołek do dzieci.

Basia głaskała go czule, Staś przysunął się bliżej i odparł:

– No pewnie! Przecież dziś Wigilia Bożego Narodzenia!

– Ja tam byłem, w tej szopce wtedy.

– Naprawdę? – zdziwiły się dzieci, a osiołek zaczął swoją opowieść:

„To było dawno temu. Żyliśmy daleko stąd, w ciepłych krajach. Moi właściciele mieszkali sobie wygodnie, a pani spodziewała się dziecka. Władca ich rodzinnych stron wydał zarządzenie o spisie ludności i moi właściciele musieli udać się do rodzinnego miasteczka. Pani wsiadła na mój grzbiet, a ja stąpałem najdelikatniej, jak mogłem. Czule przemawiała do swojego nienarodzonego dziecka i mówiła do mnie, że moje spokojne kroki zupełnie je uśpiły. Nasza wędrówka trwała długo. Kiedy zbliżaliśmy się do Betlejem ona poczuła, że poród się zbliża. Jej mąż prosił, by jeszcze chwilkę poczekała, pociągnął mnie, bym szybciej szedł w stronę zabudowań. Niestety nie było nigdzie bezpiecznego miejsca. Zobaczyłem jednak pasterską szopę i skierowałem tam swe kroki. Józef – mój właściciel rozłożył na sianku nasze tobołki i Maria, jego żona urodziła Synka. Początkowo byliśmy zupełnie sami – oni we troje i ja. Potem pasterze wrócili ze swymi owcami. Biegli przestraszeni opowiadając sobie coś o anielskim zawołaniu.

Kiedy Maria nabrała sił przenieśliśmy się wszyscy do porządnego domu. Mnie zaprowadzono do stajni, a Dzieciątko z mamą miało piękny i wygodny pokój. Wtedy przybyli w odwiedziny mędrcy ze wschodu przynosząc drogocenne dary.

Niestety zły władca usłyszał coś o niezwykłych narodzinach, bał się chyba, bo zarządził prawdziwą rzeź niewiniątek. Józef musiał więc szybko znów spakować swój dobytek, zakupił jeszcze jednego osiołka i uciekliśmy wszyscy do Egiptu. Dzieciątko wsadzono do koszyka wyścielonego pieluszkami i spało sobie wygodnie kołysane moimi krokami.”

– Ale jak to możliwe, że ty tam byłeś i to pamiętasz? – zapytał Staś mocno zdziwiony.

– Możliwe – odparł osiołek.

Wtedy dzieci usłyszały mamę wołającą ich na uroczystą kolację. Wybiegły z komórki i wpadły do domu. Mama kazała im się przebrać – przygotowała dla nich odświętne stroje. Basia nie była zbyt zachwycona koniecznością włożenia sukienki, ale wiedziała, że dziadek będzie jej prawił komplementy, więc się przemogła. Staś był dumny, że może założyć krawat. Frankowi było to zupełnie obojętne.

Wszyscy połamali się opłatkiem, następnie zjedli bardzo tradycyjną wieczerzę. A po kolacji dzieci pobiegły do szopki ustawionej pod choinką i dostawiły do niej małego osiołka.

A osiołka z naszej opowieści już w komórce nie było. Zjadł marchewki i odszedł cichutko, może odwiedził żywe szopki, a może inne dzieci.

 

 

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!



Latający dywan

Tata zniósł ze strychu stary dywan. Był ciemny, mocno wytarty, prawie nie było widać wzorów.
– O! nie wiedziałem, że mamy dywan! – krzyknął Staś
– Rozłóżmy go w dużym pokoju! – dodała Basia
Jednak mama powiedziała, że jest okropny i nie pasuje.
– Może wywieziemy go na wieś – zaproponował tata i odstawił zwinięty dywan do kąta w przedpokoju.
Kiedy mama zajęła się przygotowywaniem obiadu i szukaniem w Internecie przepisów na ciasto (co wciągnęło ją bez reszty), Staś wpadł na pomysł rozwinięcia dywanu. Pracowali zgodnie we trójkę, aż im się udało.
– To będzie nasza rakieta kosmiczna! – powiedział Staś sadowiąc się na dywanie
– Albo arena cyrkowa, co? – zaproponowała Basia – pobawimy się w występy!
Franek wpełznął pod dywan:
– Jestem duuuuuchem! Duuuuchem dywanuuuu! – jęczał niczym potępieniec
Dzieci zaczęły wyrywać sobie dywan, ciągnęły go po całym mieszkaniu. Pękali przy tym ze śmiechu. W końcu wpadli na pomysł, że jedno z nich będzie siedzieć na dywanie, a dwójka będzie ciągnąć dywan za sobą. Pierwsza w ten sposób wożona była Basia, potem przyszła kolej na Franka. Staś pociągnął dywan z takim impetem, że Franek zleciał, co wszystkich rozśmieszyło jeszcze bardziej. Kiedy w końcu usiadł na dywanie i odbył swoją podróż – przyszła kolej na ostatnią zmianę i Staś usiadł na dywanie. Jednak bliźnięta nie były w stanie pociągnąć starszego brata, ślizgały się na płytkach i ciągle wywracały. W końcu zmęczeni zanieśli dywan do sypialni rodziców i położyli się na nim.
– Chciałbym, żeby to był czarodziejski dywan, taki latający – westchnął Franek
– Noo… – mruknął Staś – polecielibyśmy do babci i dziadka!
Dywan drgnął (co czytelnika pewnie nie zaskoczyło), uniósł się w górę.
Dzieciaki popatrzyły po sobie.
– Juppi! – pisnęła Basia zachwycona
Dywan sunął powoli w stronę otwartych drzwi balkonowych. Wyleciał na zewnątrz unosząc trójkę rodzeństwa.
– Do dziadków! – rozkazał Staś.
Dywan uniósł się wyżej, dzieci zobaczyły swoją uliczkę, bloki, sklepik osiedlowy, las. Ze śmiechem rozpoznawali okolicę, ale za chwilę ogarnęła ich mgła – czy też raczej chmura. Nic nie widzieli, tylko kłęby pary wokół siebie.
– Ale czad! – cieszył się Franek.
– Hi hi hi! Nie wiedziałam, że ten dywan jest zaczarowany – popiskiwała Basia
Wkrótce wznieśli się wyżej, ponad chmury i zalały ich złociste promienie, a chmury pod nimi wyglądały jak mięciutki puchowy kobierzec.
Potem znów dywan zaczął obniżać swój lot, przebił warstwę chmur i delikatnie, powoli opadał – aż opadł wprost na podwórko dziadków. Dzieci zbiegły z dywanu i pobiegły do domu. Babcia własnie przesadzała kwiaty, dziadek oglądał telewizję.
Oboje bardzo się zdziwili, bo nie spodziewali się wizyty wnuków w środku tygodnia.

– Cześć babciu! Cześć dziadku!
– Cześć kochani! Bardzo się cieszę, że jesteście. A gdzie rodzice?
– Nie ma ich z nami – powiedziała Basia wspinając się na dziadka
– Przylecieliśmy sami – dodał Franio, wieszając się na babci
-Przylecieliście? Ale jak to? – dopytywała babcia kręcąc się już po kuchni – czekajcie, zaraz dam wam coś do jedzenia. Jedliście drugie śniadanie? Już coś wam przygotuję, a my sobie akurat kawę wypijemy. Bardzo się cieszę, że jesteście – ciągnęła babcia
W końcu Staś przerwał jej mówiąc, że przylecieli latającym dywanem. Babcia z dziadkiem wyszli do ogrodu, gdzie dzieci pokazywały im swój niezwykły środek komunikacji.
– O rany! To dywan mojej mamy! – babcia nie kryła zaskoczenia – no tak, babcia dała go wam. Oj, my też na nim lataliśmy z ciocią i wujkiem! zupełnie o tym zapomniałam!
Wszyscy z powrotem weszli do domu, gdzie babcia przygotowała dla każdego po wielkim pucharku lodów z bitą śmietaną. Postawiła przed dziećmi różne sosy i polewy i pozwoliła dowolnie udekorować. Basia polała lody sokiem malinowym, Staś posypał swoją porcję wiórkami czekolady, Franek nie mógł się zdecydować. Wciąż jeszcze nie spróbował swojego deseru, gdy Basia i Staś odnosili puste pucharki do kuchni.
Podczas gdy dzieci zjadały deser, babcia zadzwoniła do mamy
– Ty wiesz co? Mam gości! Staś i bliźniaki są u nas! – zaczęła babcia
– O rany! Mamo, jak to? A ja myślałam, że ta cisza to dlatego, że znaleźli nową świetną skrytkę. Już wołałam ich na obiad, ale oczywiście nikt nie przyszedł. Skąd się tam wzięli?
– Przylecieli dywanem, tym, co babcia wam dała – odparła babcia.
– A! dywanem! No tak! Babcia nam dała, ale wiesz, nie pasuje nam. Marcin zniósł dziś ze strychu, a te łobuzy…
– Przypomniało mi się, jak my z wujkiem i ciocią lataliśmy. Powiem ci, że świetna sprawa – dodała babcia uśmiechając się.
Tymczasem Franek polał swoje lody polewą karmelową, a Basia i Staś na zmianę jeździli na plecach dziadka po dużym pokoju.
Babcia opowiedziała dzieciom o swoich przygodach z dywanem, dała im też kilka rad, jak sterować, na jakiej wysokości lata się najlepiej i które pozycje są bezpieczne. Opowiedziała też mrożącą krew w żyłach przygodę wujka, który chcąc złapać czubek drzewa wychylił się i spadł z dywanu, ale siostry chwyciły go w ostatniej chwili.
Potem przygotowała im obiad, ale po lodach żadne z dzieci nie tknęło zupy pomidorowej, ani specjalnie dla nich usmażonych filecików z kurczaka.
Dzieci mocno uściskały dziadków, wsiadły na dywan i Staś wydał rozkaz:
– Do domu!
Dywan wznosił się powoli, dzieci długo machały dziadkom na pożegnanie. Popołudnie było słoneczne, więc nie przebijali się przez chmury, ale nie byli w stanie rozpoznać okolicy, którą zwykle pokonywali samochodem śpiąc przez większość trasy.
W końcu znaleźli się w domu.
Mama mocno ukochała dzieci, a te z rumieńcami na twarzach zdawały jej relację ze swojej niezwykłej podróży.
– Och, rewelacja! – cieszyła się mama – no coś podobnego! Latający dywan! A ja myślałam, że takie są tylko w baśniach z tysiąca i jednej nocy! Co za przygoda! Ale jedna sprawa mi się nie podobała.
– Co? –spytały dzieci chórem.
– To, że wylecieliśmy nie mówiąc ci ani słowa! Pewnie się martwiłaś – odpowiedział Staś – przepraszam!
Dzieci znów tuliły się do mamy przepraszając i obiecując, że to się więcej nie powtórzy.
Kiedy przyszedł weekend – padało. Mama, tata, Staś, Franek, Basia oraz wielki sznaucer olbrzym – wszyscy w szóstkę wsiedli na dywan i wyfrunęli ponad chmury – a tam przepięknie świeciło słońce. Mama wyjęła z kosza tosty z szynką i serem i urządzili sobie piknik nad chmurami.