Tag Archives: czarownica

o złych wiedźmach i promiennych elfach

100_1123

Pewnego dnia rodzeństwo wraz z Shilą wybrało się na spacer po lesie, tym razem jednak dość szybko opuścili stałe ścieżki prowadzące na polanę i do przedszkola, ale wspięli się na skarpę i poszli za blok. Śnieg niemal całkiem stopniał i pozostawił błotniste przejście między bezlistnymi krzewami. Pobiegli wzdłuż strumyka i na łąkę. Na jej końcu znajdowało się niewielkie bagno, a na jego środku otoczona starymi drzewami  stała tajemnicza, wyglądająca na opuszczona chatka.

Podeszli bliżej. Staś wspiął się na palce i zajrzał przez brudną szybkę, a Basia kucnęła i zaglądnęła przez szparę

między deskami. W środku ujrzeli trzy czarownice, które warzyły trującą miksturę.

– Mechtyldo, musimy zrobić jeszcze kilka butelek tego wywaru, by potem rozpylić go w lesie! – powiedziała jedna z nich.

– Nie, nie w lesie! – odparła druga – w lesie nie ma tak dużo dzieci, lepiej w parku!

– o tak, Hilda ma rację – kiwnęła głową trzecia – najlepiej w parku. Dzieciaki zaczną łapać te mikroby, pojawią się kaszle i katary. To dobry plan na nadchodzącą wiosnę, he he he – zaśmiała się.

Dzieci spojrzały na siebie słysząc ten plan. Cichutko odsunęły się od chatki i odeszły na skraj łąki, by się naradzić.

– Nie możemy tego tak zostawić – zaczął Franek szeptem – przecież nie możemy dopuścić to tego!

Staś przyznał mu rację i już chciał wpaść z impetem do chatki, wywrócić mikstury i pokonać złe wiedźmy. Ale Basia z Shilą powstrzymały go tłumacząc, że lepiej przygotować się do konfrontacji z czarownicami. Wrócili więc do domu, gdzie zabrali się za przygotowania. W pierwszej kolejności naszkicowali szczegółowy plan-mapę z zaznaczanym domkiem czarownic, z bagnistym stawem nieopodal, z górką, strumykiem i innymi istotnymi punktami orientacyjnymi.  Następnie Staś zaczął ustalać zarówno uzbrojenie, jak i taktykę i strategię:

– ja będę je bił! Walka wręcz i nogami! O tak! – i pokazał mamie, jak potrafił walczyć.

– A Franek weźmie plastikowy miecz! Lepszy byłby prawdziwy, ale ten też może być – dodał chłopiec z entuzjazmem.

– A ja? – dopytywała Basia

– Ty weźmiesz pistolet na wodę.  A Shila będzie gryzła!

Następnego dnia dzieci wyruszyły do chatki czarownic. Tym razem szły kierując się mapą, więc szybko

dotarły do celu. Pod dowództwem Stasia dokonali błyskawicznej akcji i wdarli się do środka. Niestety ani pistolet na wodę, ani plastikowy miecz nie mogły wyrządzić wiedźmom krzywdy. Również Shila – łagodność pod postacią psa – nie zaatakowała zębami. Staś zrobił wymach prawą nogą, który miał być kopnięciem, ale chybił celu. A wiedźmy chwyciły trójkę dzieci i związały grubym sznurem. Na szczęście Shili udało się wymknąć. Pobiegła nad strumyk po ratunek.

Nad strumykiem, po powierzchni wody skakały i pląsały małe złociste duszki, nazywały się Promyczki. Część z wielkiej gromady Promyczków tańczyła w wierzbach porastających brzeg i zawieszała na nich mięciutkie, puszyste bazie.

Shila opowiedziała im o wiedźmach, ich miksturze chorobotwórczej, o akcji Stasia i bliźniaków i o tym, że zostali uwięzieni. Promyczki zaraz zakotłowały się wokół Shili i rozbrzęczały się w naradzie, jak małe dzwoneczki. Narada była krótka i każdy ze lśniących elfów sfrunął w łozinę i wrócił z niej z cienką, ale mocną witką wierzbową.

– Prowadź nas wróżko Shilo do tych dzieci, musimy je uwolnić!

Shila pobiegła z powrotem w stronę bagna i chatki czarownic, a za nią leciały złociste elfy. Wpadli do chatki i każdy zaczął okładać wiedźmy wierzbowymi witkami, a tymczasem Shila przegryzła gruby sznur, którym związane były dzieci.

Staś z Frankiem chwycili teraz sznur i związali nim czarownice.

– Nie uda się wam sprowadzić chorób na dzieci w parku! – wykrzyknął Franio bohatersko, a Staś tymczasem zapakował butelki z miksturą do swojego plecaka.

Dzieci wybiegły z chatki i pobiegły do domu. Shila ruszyła za nimi, a Promyczki zabrały się do pracy w okolicy chatki – by i tutaj pojawiły się wkrótce pączki, bazie i listki.

Gdy dzieci wróciły do domu, Staś otworzył swoją książkę o chemii i miksturach i szukał receptury. W końcu udało mu się i chorobotwórczą zawartość buteleczek zamienił w specjalny eliksir wzmacniający odporność. Rozpylili go w parku i na osiedlu, by żadne z dzieci nie złapało wiosną infekcji, czy przeziębienia.

Shila
Shila


Błotoludki – część trzecia: Ucieczka

Dzieciaki wbiegały po schodach, coraz wyżej i wyżej. Za nimi biegły uwolnione zwierzęta. Nie oglądali się za siebie, ale nikt ich nie gonił. Król Bagien i większość jego poddanych nie mieli pojęcia o ucieczce więźniów, a pokonane przez dzieci gnomy bały się pokazać władcy.

Kiedy byli już naprawdę wysoko i zdawało się, że droga na powierzchnię bagna dobiegać będzie końca – zmęczenie wspinaczką było już dla dzieci wyraźnie odczuwalne. Wtedy pojawiła się przed nimi zła czarownica – ta sama, która zamieniła dobrą wróżkę w glinianą figurkę, ta sama, którą dzieci zaplątały w włóczkę. Jej oczy błyszczały gniewem, pałała żądzą zemsty:

– O, mam was potworne dzieciaki! Myślicie, że można mnie złapać, upokorzyć, zmywać moje złe czary z dobrych wróżek, które opowiadają zwierzętom baśnie o elfach i leśnych wróżkach? – skrzeczała zbliżając się do dzieci z rozpostartymi szponami.

Basia krzyknęła:

– Ty wstrętna Bajajago! Nie uda ci się!

– Uciekacie od Króla Bagien, co? Ha ha ha prosto w moje ręce! Już ja wiem, co trzeba z wami zrobić – i nie będę się bawić w żadne czary – kontynuowała jędza.

W tym momencie chwyciła Basię z zamiarem wsadzenia jej do worka trzymanego w drugiej ręce. Basia wyprężyła się, zaczęła wić, jak węgorz i wbiła swoje ostre ząbki w suchą i żylastą rękę czarownicy. Ta zawyła z bólu i odruchowo rozluźniła uchwyt.  Staś z całej siły popchnął wiedźmę, Franek kopnął ją w goleń. Starucha nie poddawała się jednak i próbowała chwycić któreś z dzieci i schować do worka. Wtedy jednak nadbiegła wilczyca i rzuciła się na jędzę ze swoimi ostrymi zębami, dzik szarżował rozpędzony bodąc swymi szablami pod żebra, ryś wbił swe pazury i nawet jeleń przyłączył się do tej walki. Pokonana czarownica stoczyła się po schodach w głąb bagna.

Jednak hałas wywołany walką zaalarmował złego władcę bagien i postawił na nogi jego sługi – bagienne gnomy. Zaraz też rzucili się w pościg za uciekinierami.

Tymczasem rodzeństwo było już mocno zmęczone wspinaczką po stromych schodach, wystraszone po walce ze złą czarownicą. Ich tempo ucieczki wyraźnie spadało. A pogoń była coraz bliżej. Na szczęście zwierzęta po raz kolejny przyszły im z pomocą. Wilczyca wzięła Basię na swój grzbiet, Staś siadł na dzika, a Franio koniecznie chciał dosiąść rysia, jednak ten – choć naprawdę imponujących rozmiarów – nie dałby rady uciekać z chłopcem na grzbiecie. Chcąc nie chcąc Franek musiał skorzystać z pomocy jelenia.

Kiedy udało im się wydostać na powierzchnię bagna – wciąż musieli uciekać, bo bagno próbowało ich wciągać. Zwierzęta z trudem odnajdywały pewny grunt, pojedyncze kępy traw.  Okazało się jednak, że błotoludki pospieszyły im z pomocą i już od jakiegoś czasu budowały z błota i patyków solidniejszy pomost. Pomagała im przy tym dobra leśna wróżka. Uciekającym dzieciom i zwierzętom udało się w końcu dotrzeć do tego pomostu ratunkowego i przestały tonąć w bagnie.

Uratowani pobiegli do wioski błotoludków, pożegnali się z wilczycą, rysiem, jeleniem i dzikiem. Zwierzęta szczęśliwe, że nareszcie mogą zobaczyć drzewa i znajomy las pobiegły do swoich dawnych kryjówek i zarośli. Dzieci uklękły na ziemi, by pożegnać się z błotnymi skrzatami, a potem pobiegły do mamy:

– Mamo! Poznaliśmy błotoludki – krzyczeli zbliżając się do niej.

– Właśnie widzę – uśmiechnęła się mama na ich widok – wy sami wyglądacie jak błotoludki. Moje wy błotne skrzaty. Chodźmy na targ.

 

Część pierwsza: Błotoludki i leśna wróżka

Część druga: Błotoludki i Król Bagien



Błotoludki – część pierwsza: Leśna wróżka

Dzieci towarzyszyły mamie w drodze na targ. Można było przejść przez osiedle domków jednorodzinnych, ale mama lubiła drogę przez las. Mówiła, że tam odpoczywa, a las jest dla niej inspiracją. Nie przeszkadzało jej, że aby wejść do lasu musieli pokonać króciutki bardzo błotnisty odcinek. Skoro jej to nie przeszkadzało to i dzieciom szybko przestało. Mama właśnie nachylała się nad jakimś głogiem i robiła makro zdjęcia (wiecie, takie na dużym zbliżeniu) jego owocom, a może tej pajęczynie rozwieszonej między gałązkami i pokrytej drobniutkimi kropelkami po siąpiącym kapuśniaczku, kiedy Basia kucnęła i wskazała coś palcem, pytając Stasia co to. Staś nachylił się również i zobaczył małego człowieczka, tak małego jak palec dziecka. Ludzik był pokryty od stóp do głów błotem, na głowie miał czapeczkę wyglądającą, jakby była zrobiona z suchego liścia również pokrytego błotem.

– O! a tutaj jeszcze jeden – chłopiec zauważył kolejnego.

– I tutaj Stasiu, ich jest mnóstwo – pisnęła dziewczynka.

– Jesteśmy błotoludki – ukłoniły się skrzaty  – tutaj jest nasza wioska.

Do rodzeństwa dołączył Franio.

– Gdzie są wasze domki? – spytała dociekliwie Basia, a wtedy Franio wskazał siostrze chatki przypominające lepianki. W pierwszej chwili były one niewidoczne, ale kiedy ktoś uważniej się przyjrzał rzeczywiście można było je dostrzec.

– A czym się zajmujecie? – spytał Staś.

– Najczęściej to pomagamy wróżkom – powiedział jeden z błotnych skrzatów.

– Robimy dla nich talerzyki, miseczki i dzbanuszki z gliny na ich mikstury – uzupełnił drugi.

– I lubimy słuchać bajek opowiadanych przez wróżki – dodał kolejny.

– A czasami… – zaczął jeden z nich, wyglądający na figlarza.

– Ciii, nie mów! Nie mów im tego! – krzyknęli pozostali.

– … brudzimy ludziom dla żartów buty, spodnie, pieskom brudzimy łapki i brzuszki, oblepiamy koła rowerów i wózków  – skończył, zaśmiał się radośnie i fiknął w powietrzu koziołka.

– Moglibyśmy z wami porobić takie kawały? – spytał Franio.

Błotoludki zawahały się, ale w końcu wyraziły zgodę. Jeden ze skrzatów podał dzieciom eliksir zapewniając, że dzięki niemu dzieci staną się tak malutkie, jak błotoludki.

Kiedy rodzeństwo po kolei według starszeństwa wypiło eliksir, błotoludki oprowadziły je po swojej wiosce. Następnie dzieci wraz z kilkoma figlarnymi skrzatami błotnymi wybrudziły już buty jednemu panu, który szedł z pieskiem na spacer do lasu, i wtedy okazało się, że kilka skrzatów wybiera się w odwiedziny do wróżki Uli. Potrzebowała ona dostawy glinianych naczyń.  Nikt jednak nie wiedział, że Leśną Babcię odwiedziła zła czarownica, której w końcu udało się rzucić zaklęcie na dobrą wróżkę.

Dzieci i błotoludki dotarły do chatki Uli Leśnej-Babci i zobaczyły ją zmienioną w glinianą figurkę.

– Ojej, co się stało?  – wystraszył się Franio.

Kiedy wszyscy podeszli do figurki Uli Leśnej-Babci, żeby przyjrzeć się uważnie, do izby wpadła zła czarownica. Zaśmiała się i próbowała złapać dzieci (błotoludkami nie przejmowała się wcale, biorąc je za zwykłe grudki błota przyniesione przez dzieci na butach).

– Zamieniłam ją w glinianą figurę, pokonałam ją nareszcie, nie będzie już opowiadać bajek! – śmiała się jędza – i was też zaczaruję.

Wyciągnęła sękatą gałąź (Staś przypuszczał, że była to jej różdżka) i zaczęła mamrotać zaklęcie. Wtedy Staś z Frankiem i Basią rozciągnęli cienką włóczkę i przywiązując ją do licznych sprzętów –utworzyli rodzaj prostej pułapki. Schowali się pod stołem, a czarownica rzuciła się za nimi w pościg, zaplątała się w sieć i wyciągnęła jak długa na sosnowej podłodze. W tym samym momencie z jej torby wyleciała jakaś księga.

Zanim starucha zdołała się podnieść – Staś porwał książkę i wybiegł z domku, a za nim wybiegły bliźniaki i błotne skrzaty.

– To na pewno nie jest książka z bajkami, takie jędze nie czytają dzieciom bajek – zauważyła Basia.

Staś kartkował księgę i czytał na głos tytuły rozdziałów. Trafił wreszcie na zaklęcie dotyczące zamieniania w gliniane figurki:

– „Jedynie woda z czystego strumienia płynącego przez sosnowy las może zmyć czar” – przeczytał na głos.

Basia weszła do chatki po gliniany dzbanek i ucieszyła się widząc czarownicę zaplątaną w przygotowaną pułapkę. Następnie wraz z braćmi ruszyła na poszukiwanie strumienia, a tymczasem błotoludki wróciły do chatki i pilnowały czarownicy, która zaplątawszy się w sieci z włóczki nie mogła się wydostać. Dodatkowo błotoludki oblepiły jej włosy, płaszcz i kapelusz błotem.

Dzieci nie musiały iść daleko, bo właśnie nieopodal płynął strumyk, a nad nim rosły jakieś drzewa.

– To pewnie sosny – powiedział Staś – bo tam dalej jest blok, który nazywa się „Apartamenty pod sosnami”, widziałem napis ostatnio – chłopiec wskazał najbliższe zabudowania.

I rzeczywiście, to były sosny. Dzieci nabrały wodę do glinianego dzbanka pobiegły z powrotem. Kiedy oblały dobrą wróżkę wodą ze strumienia – czar prysł. Ula była im bardzo wdzięczna, wyjęła małe fajansowe talerzyki, ukroiła po kawałku ciasta i poczęstowała nimi całą trójkę, oraz błotoludki. Kiedy wszyscy zajadali deser i słuchali niezwykłych opowieści leśnej czarodziejki – zła wiedźma wydostała się z pułapki i udało jej się uciec.

Dzieci wróciły z błotoludkami do ich wioski. Na ich powitanie wybiegły inne błotne skrzaty – zapłakane i przerażone.

–  Król Bagien znów wysłał swoje bagienne gnomy po daninę – płakały skrzaty.

– Porwali nawet troje naszych dzieci! – załamywały ręce.

 

Część druga: Błotoludki i Król Bagien

Część trzecia: Ucieczka



Grzybobranie

Tata wziął koszyk, mama aparat fotograficzny i razem z dziećmi i psem wybrali się do lasu na grzyby.

W pewnym momencie Basia dała nura w gęstwinę świerkowego młodnika. Staś zawołał ją, ale Basia szła przed siebie schylając się pod gałęziami. Franek ruszył zaraz za nią, a za nimi – oczywiście Staś. Nie mógł przecież zostawić młodszego rodzeństwa. W sumie było to całkiem fajne – w młodniku było niemal ciemno, pachniało igliwiem i żywicą – jak tuż przed Wigilią. Ale gałęzie młodych choinek były tak nisko, że dzieci musiały iść na kolanach. Kiedy w końcu wyszli z gęstwiny – znaleźli się na małej polance. Porastała ją niska, szmaragdowa trawa, pośród której dzieci dostrzegły mnóstwo grzybów – przepięknych, kształtnych prawdziwków. A pośród nich – nie uwierzycie – najprawdziwsze krasnoludki!

Ale krasnoludki nie były ubrane na czerwono, o nie. Ich ubranka miały kolor liści, mchu, kory drzew. A prawdziwki to były ich domki. Jak w bajkach, prawda?

Krasnoludki były poruszone, wszystkie biegły na przeciwległy kraniec swojej wioski. Dzieci usłyszały ich zbiorowy lament. Staś ostrożnie poszedł w tamtą stronę.

– O jejku, jesteśmy zgubieni! Nie uda się uratować wioski!

– Co się stało? – spytał Staś jakiegoś skrzata z długą siwą brodą

– Dzik w nocy zrył okolice potoczku i teraz cały strumień płynie w stronę naszej wioski. Zaraz zaleje wszystkie nasze domki – wyjaśnił sędziwy krasnoludek

Staś z Frankiem zaraz pobiegli w stronę nadciągającej katastrofy. Szybko znaleźli jakieś gałęzie i przy ich pomocy (oraz przy pomocy własnych dłoni) przekopali kanał i woda ze strumienia trafiła do swego starego koryta. Niestety wcześniej zdążyła zalać kilka domków z krasnoludkowej wioski. Ale Basia zdjęła swoją apaszkę i starannie osuszyła zalane grzybki.

– Dzięki wam! Wielkie dzięki. Uratowaliście naszą wioskę. Jesteśmy wam wdzięczni – powiedział najstarszy ze wszystkich krasnoludków.

– Och, nic wielkiego, każdy by to zrobił na naszym miejscu – odpowiedział rezolutnie Staś

Krasnoludki dały dzieciom koszyk pełen rydzów, pożegnały rodzeństwo uroczyście, a jeden z nich, młodziutki leśny skrzat dostał zadanie przeprowadzenie dzieci przez młodnik z powrotem na ścieżkę.

Kiedy dzieci znalazły się znów na ścieżce i pożegnały miłego krasnalka – ruszyły w stronę domu. A ich przewodnik wrócił do wioski.

– Zaprowadziłeś ich do domu?- spytał najstarszy z krasnoludków

-Nie, tylko na ścieżkę. Stamtąd już trafią – odparł wesoło.

– O nie! Przecież Zła Czarownica znów ruszyła na łowy! Wiecie przecież, że przybiera postać rudej wiewiórki, daje dzieciom zaczarowane orzechy i w ten sposób zamienia je w sójki. A one już nigdy nie mogą wrócić do domu. Musimy ich bezpiecznie wyprowadzić z lasu!

I krasnoludki uzbroiły się w dzidy, tarcze i pobiegły za dziećmi.

Tymczasem Basia, Franek i Staś szli ścieżką prowadzącą w stronę domu.

– o popatrzcie,  wiewiórka! – zawołał Franek

Na środku ścieżki siedziała przepiękna ruda wiewiórka.

– Podejdźcie moi mili – odezwała się wiewiórka przyjaźnie – mam dla was smaczne orzeszki laskowe.

Staś podskoczył do wiewiórki i wziął całą garść orzechów, Basia trochę bała się podejść, ale pokusa była silniejsza. Jedynie Franek nie chciał orzechów.

W tym momencie z zarośli wypadła chmara krasnoludków, które obrzuciły wiewiórkę (a właściwie Złą Czarownicę) swoimi dzidami i kamieniami. Czarownica zaczęła uciekać w popłochu, a krasnoludki krzyknęły do dzieci:

– Wyrzućcie te orzechy! To zaczarowane orzechy! Nie możecie ich zjeść! Zamienicie się w sójki i nigdy już nie wrócicie do domu!

Dzieci rzuciły przeklęty-zaklęty poczęstunek. Tylko Basia zjadła jednego  (kiedy opowiadałam dzieciom tę bajkę, Basia upierała się, że ona zjadła orzecha). Staś zaczął płakać i protestować, wiedząc już, że orzechy miały zgubne działanie (Staś nie mógł zaakceptować takiej wersji i autentycznie się rozpłakał) i jego łzy unieszkodliwiły zły czar [1].

W tym momencie na ścieżkę wyszli rodzice. Krasnoludki ukryły się przed wzrokiem dorosłych, wyglądały, jak opadłe liście, jak mech, czy szyszka, albo kawałek korzenia.

– Dobrze, że tu na nas czekacie. Nie oddalajcie się od ścieżki – powiedział tatuś – o, widzę, że też znaleźliście grzyby i to całkiem sporo – dodał dostrzegając rydze.

– No dobra, wracamy do domu – powiedziała mama i zagwizdała na psa.

A w domu mama upiekła rydze na blasze pieca.

 

 


[1] Wiem, deux ex machina, ale przy podwójnych łzach i protestach musiałam to jakoś rozwiązać, by oboje byli zadowoleni

katalog firm