Tag Archives: dzieci

Topienie Marzanny

żonkil

Naprawdę wszystkim wydawało się, że już nadeszła wiosna. Stopniał już cały śnieg, ptaki głośno cieszyły się w lesie z promieni słońca, bezlistne leszczyny kwitły „kotkami”, a dzieci biegały w lekkich, wiosennych kurteczkach.

Jednak pewnego wieczora Pani Zima postanowiła wrócić z całą swoją lodową armią. Wsiadła do swego bojowego rydwanu z chmury śnieżnej zaprzężonej w lodowaty wicher i pognała nad miasteczka, wsie i lasy. A za nią ciągnęła cała armia sypiąc obficie śniegiem.

Rankiem całe osiedle było zasypane śniegiem. Śnieg na chodnikach sięgał do połowy łydki, ścieżki w lesie poznikały pod jego grubą warstwą.

Po śniadaniu dzieci ubrały się znowu w swoje zimowe kombinezony, które mama chciała już wyprać i schować. Pobiegli do lasu.

– Stasiu, kiedy będzie wiosna? – spytała Basia.

Franek ulepił niewielką śnieżną kulkę i rzucił nią w siostrę.

Basia nie kryła złości i rzuciła się na Franka krzycząc:

– To nie było śmieszne, ty wstręciuchu! Ja się nie chciałam z tobą rzucać śniegiem!

– Wiośnie trzeba pomóc – odpowiedział Staś.

– Ale jak? – zapytały bliźniaki jednogłośnie przerywając swoje przepychanki.

– Poszukajmy śladów Wiosny – zaproponował Staś – może wtedy wpadniemy na jakiś pomysł.

Dzieci zapomniały na chwilę o swoich konfliktach (wierzcie mi – na chwilę) i ruszyły w stronę małej polany.

– Wiosno! Wiosno, gdzie jesteś? – zaczęły wołać, a echo cichutko im odpowiadało.

– Wiosno! Pokaż się Wiosno! – krzyczeli jeszcze głośniej.

– Co się tak rozdzieracie? – spytał ktoś skrzekliwie.

Basia wystraszyła się i schowała się za braćmi. Zobaczyli pod bezlistnym krzaczkiem jakąś pokurczoną, rozczochraną postać.

– Szukamy wiosny – odpowiedział Franek.

– Może ty wiesz, czy Wiosna nie potrzebuje naszej pomocy? – spytał Staś uprzejmie i dodał – my jesteśmy pomocni i dzielni!

– Właśnie widzę  -powiedziała postać z przekąsem

– Kim jesteś?

– Jestem skrzatem – pustelnikiem. Mieszkam sam. Mam na imię Mundek.

– O, jak pies pani Moniki – zauważyła Basia

– Phi, jaki tam pies!

– No buldog – szybko dodała dziewczynka.

– A więc szukacie Wiosny? – spytał Mundek- pustelnik ignorując ją.

– Tak! – chłopcy krzyknęli równocześnie.

– Oj, Wiosna nie przyjdzie, długo nie przyjdzie. Chyba, że…. – Mundek urwał i popatrzył na chłopców mrużąc oczy.

– Chyba, że co? Co? – dopytywali bracia niecierpliwie.

– Chyba, że utopicie jej sługę Marzannę!

Mundek odwrócił się na pięcie i czmychnął.

Dzieci próbowały go szukać, Basia wślizgnęła się na kolanach pod krzaczek, Franek rozgarniał śnieg, Staś metodycznie szukał śladów w śniegu, ale skrzata nie było.

W końcu wrócili do domu.

– Mamo, mamo, a kto to jest Marzanna?

Mama usiadła z dziećmi na sofie i zaczęła opowiadać o tradycji żegnania zimy, o topieniu Marzanny, która ją symbolizowała i o nadejściu wiosny.

Potem jeszcze opowiedziała im bajkę o Stasiu, który ramię w ramię z bohaterami Hero Factory walczył ze złoczyńcami, o Franku, który przygarnął kotka i o dziewczynce zamienionej w pieska.

Po południu dzieci znów poszły na spacer.

– Chcecie Wiosnę? – spytał Staś.

– Jasne! – z entuzjazmem krzyknęła Basia.

– Więc musimy poszukać Marzanny .

Dzieci udały się nad strumyk i poczekały, aż przylecą duszki promienne. Te słoneczne elfy też bardzo kochają Wiosnę. Kiedy duszki zobaczyły, że mają gości – zleciały się z cichutkim brzęczeniem.

– Szukamy Marzanny – powiedział Franio.

– Bo chcemy już sprowadzić Wiosnę – dodała Basia

– My też chcemy wiosnę – pisnęły radośnie Promyczki – pomożemy wam.

Duszki wiedziały, gdzie ukryła się służąca Zimy, ale same bały się z nią walczyć. Jednak wiedziały, że wraz z dziećmi są w stanie ją pokonać. Zaprowadziły więc swoich przyjaciół do jej kryjówki w gęstych wierzbach na zakręcie, tuż nad brzegiem strumyka.

Kiedy Marzanna usłyszała ich głosy – wyszła z ukrycia.

– Jesteście – westchnęła – no wiem, wiem… pora na topienie Marzanny. Przebiorę się tylko w mój kostium kąpielowy i idę…

Dzieciaki stanęły osłupiałe.

– Zdziwieni jesteście? – zapytała Marzanna – już wyjaśniam – to musiało nadejść. Wiosna musi nadejść. Co roku ktoś mnie topi, potem wracam i tak w kółko. Już nawet polubiłam tę tradycję – Marzanna uśmiechnęła się.

A potem z całym orszakiem odprowadzili Marzannę nad łagodne zejście do strumienia, gdzie lekko ją pchnęli, a ona zanurzyła się w lodowatej wodzie i odpłynęła.

Kilka dni później nadeszła Wiosna.



Tłusty czwartek

Powiedział mi Bartek, że dziś Tłusty Czwartek!

pączki
a te już sama zrobiłam i…. wyszly!

 

 

– Tłusty Czwartek! – wykrzyknął Staś wpadając do sypialni rodziców.

Kiedy wszyscy zjedli już śniadanie, a mama we względnym spokoju wypiła kawę z mleczną pianką – dzieciaki zaciągnęły ją wreszcie do kuchni, by usmażyła pączki z różą.

Potem troje dzieci – bliźniaki Basia i Franek, oraz Staś – zabrali się za wsypywanie mąki (800 g) i cukru (100g) do dużej miski, powyciągali jajka (6 jajek – 4 całe i dwa żółtka według przepisu) z lodówki i przyglądali się, jak mama robi rozczyn drożdżowy do ciasta (28 g świeżych drożdży i 1,5 szklanki mleka, troszkę mąki i dwie łyżeczki cukru), następnie mama rozpuściła 100g masła i dodała do ciasta. Ostatnim krokiem było dodanie 50 ml alkoholu (wódki, rumu). Basia trzymała robot kuchenny z hakiem do ciasta drożdżowego, ale kiedy mama włączyła – szybko oddała robot Frankowi. Staś tymczasem czytał na głos przepis z internetu.

Kiedy ciasto było już wyrobione – pozostawili je do spokojnego wyrośnięcia (ok. 1,5 godziny)

Tymczasem za oknem wciąż padał śnieg.

Po upływie ok. 1,5 h mama wyjęła lepiące się wyrośnięte ciasto, które pachniało (ja lubię ten zapach!) drożdżami, ułożyła je na posypanym mąką blacie, rozwałkowała, a dzieci pomagały jej wycinać szklanką krążki. Każde chciało, zaczęli więc wyrywać sobie szklankę i przepychać się nad rozwałkowanym ciastem. W pewnym momencie Basia pociągnęła Franka, który stracił równowagę. Ten, by nie spaść – chwycił to, co było najbliżej – worek z mąką. Jednak to nie uratowało go przed upadkiem – za to mąka została rozsypana.

Jakież było ich zdziwienie, gdy z kupki mąki wyfrunęła gruba jak pączek, okrąglutka i cała biała – wróżka!

Mama pozostawiła pączki do wyrośnięcia na ok 20 minut.

Wróżka uniosła się trzepocząc skrzydełkami nad pączkami i posypała je magicznym pyłkiem. Pączki zaczęły rosnąć.

Potem mama rozgrzała w płytkim, szerokim rondlu smalec i zabrała się za smażenie pączków. Przeganiała dzieci z kuchni, by gorący tłuszcz nikogo nie poparzył, ale dzieciaki z pokoju wołały chórem:

– Pączki, pączusie! chcemy zjeść pączki!

A wróżka latała wokół ich główek, porywała te okrzyki i zanosiła do kuchni.

Po usmażeniu pączków mama spróbowała nadziać je konfiturą z płatków róży. To z tej róży, którą wraz z dziećmi latem zbierała z róży jadalnej rosnącej tuż przy bzie. Potem babcia w czarodziejski sposób zamieniła płatki kwiatów w konfiturę.  Mama roztarła różaną konfiturę z odrobiną owocowej marmolady.

– No, jeszcze tylko polukruję i będziecie mogli spróbować – zawołała mama.

– Możemy ci pomóc? – spytała Basia

– Jasne – westchnęła mama i odsunęła się, bo właśnie nadjeżdżały trzy krzesełka, na których zaraz stanęli jej pomocnicy.

A wróżka? Nadal latała nad pączkami i chyba musiała rzucać jakieś swoje dobre zaklęcia, podczas gdy dzieci lukrowały łakocie.

 

Baśń ma też swoją drugą, mroczną stronę!!!

Boję się napisać o walce, którą mama stoczyła z okropnym gnomem od konfitury, który wypaprał konfiturą całą kuchnię i całą mamę, a nie chciał wleźć do wnętrza pączków, i o wrednym Smalcorze, który poprzypalał pączki. I o mrocznym Lukrze, który zamiast pomóc mamie pokryć pięknie pączki to oblepił wszystko dookoła.

Oj walka była, do tego walka z Czasem.

Ale dzielna mama i jej pomocnicy dali radę i dzięki dobrej wróżce pączki wyszły tradycyjne – o smaku i wyglądzie prawdziwych pączków.

 



Ferie u babci i dziadka

Z dedykacją dla babć i dziadków :)

Rozpoczęły się ferie. Basia, Franek i Staś pojechali na dwa tygodnie do babci i dziadka. Dzieci wiedziały, że tam będą mieć zupełnie wyjątkowy czas, że babcia codziennie będzie przygotowywać pyszności, dziadek będzie się z nimi bawił i zabierał ich na niezwykłe wędrówki, przygotuje też trasę zjazdową w ogrodzie za domem. Pierwsze dwa dni tak upłynęły. Dzieci wstawały późnym rankiem, troszkę kaprysiły przy śniadaniu, a babcia każdemu dawała śniadanie na indywidualne zamówienie. Basia zjadała więc kiełbaskę na gorąco, albo kromkę chleba z masłem, Staś wybierał mleko z płatkami, lub słodką bułeczkę, Franio chętnie zjadał kanapkę z żółtym serem. A babci wyraźną radość sprawiało dogadzanie wnuczętom. Potem ubierali się w kombinezony i wychodzili do ogrodu, gdzie dziadek specjalnie dla nich przygotował tor i rampę do wspaniałej jazdy na sankach. Dzieciaki wywracały się i wpadały w zaspy, a każdej wywrotce towarzyszyły salwy śmiechu. Następnie zarumienieni wracali do domu, zjadali obiad, siadali przy niskiej ławie i wycinali, rysowali, projektowali, sklejali i ozdabiali swoje dzieła.

Kiedy nastawał wieczór dzieciaki długo walczyły ze snem, a babcia cierpliwie czytała im baśnie i opowieści.

– Jeszcze jedną, ale teraz długą, dobrze? – prosiło jedno z dzieci.

– To teraz jedną dla mnie – prosiło drugie.

– Siku – pisnęło trzecie i cała trójka biegła do łazienki. W końcu jednak zmęczenie wygrywało i dzieci spokojnie zasypiały.

Jednak trzeciego dnia wydarzyło się coś strasznego. Tego dnia było dość ciepło, jak na styczeń. Nie tak ciepło, by stopić śnieżne zaspy, ale wystarczająco, by wyczarować długie i lśniące sople zwisające z dachów. Babcia z dziadkiem zaproponowali spacer po lesie. Wybrali się więc wszyscy specjalnie dla turystów przygotowaną trasą spacerową – wzdłuż strumienia. Kiedy weszli do lasu przebiegły im przez drogę dwa szare wilki. Jeden z nich stanął na chwilę, spojrzał w ich stronę i wyszczerzył zęby. W tym momencie babcia i dziadek zamienili się w lodowe rzeźby. Nie mogli się poruszyć, byli, jakby wykuci z lodu. Wilk był bowiem złym czarnoksiężnikiem, który rzucił na nich swój urok.

100_2259s

– Nie chuchajcie na nich, ani ich nie dotykajcie – powiedział Staś – bo się rozpuszczą, staną się kałużą wody.

– O nie! – jęknęła Basia – Co zrobimy? – spytał Franek patrząc na starszego brata.

– Musimy znaleźć jakiś sposób, jakiś czarodziejski ratunek – powiedział chłopiec i wziął rodzeństwo za ręce.

Wtedy zobaczyli całą zgraję maleńkich śnieżnych duszków-elfów, które unosiły się wokół lodowych postaci babci i dziadka trzepocąc leciutkimi skrzydełkami.

– Czy możecie nam pomóc odczarować babcię i dziadka? – spytała Basia.

Wszystkie duszki równocześnie kiwnęły główkami potakująco. Jeden z nich poleciał do ściany lasu, za nim udały się pozostałe srebrzyste elfy. Dzieci niepewnie ruszyły za nimi. Duszki leciały oglądając się za siebie, dzieci próbowały nie stracić ich z oczu. Wchodzili coraz głębiej w las, a z potrącanych gałązek sypał się na dzieci śnieg. W ten sposób elfy doprowadziły trójkę dzieci do czarodziejskiej polany. Kiedy dzieci odchyliły gałązki pokryte śniegiem i wyszły z gąszczu na polanę – zrozumiały, że chwilę wcześniej przeszły przez zaczarowaną furtkę do krainy baśni.


100_2300

Polana pokryta śniegiem skrzyła się w tęczowych promykach, które padały z góry. Na środku znajdował się podwójny tron wykuty w lodzie, a na nim siedział król i królowa. Królowa z miłym uśmiechem skinęła na dzieci, które podeszły niepewnie bliżej. Król przyjrzał się im ze srogim wyrazem twarzy, dlatego Basia zawahała się nieznacznie.

Wtedy Staś postąpił krok naprzód, ukłonił się nisko i powiedział:

– Przybyliśmy do was, Wasza Wysokość, w poszukiwaniu czarodziejskiego ratunku. Nasza ukochana babcia i nasz kochany dziadek zostali zamienieni w lodowe posągi. Duszki przyprowadziły nas tutaj, przed Wasz Majestat.

– Kto zamienił ich w lodowe posągi? – zapytała królowa.

– Jakiś wilk – opowiedział Franek Wtedy król z królową wymienili spojrzenia.

– To podły czarownik! – krzyknął król – tym razem przegiął, to znaczy, ekhm, miałem powiedzieć – grubo przesadził! Ja rozumiem wiele, ale przecież, moja droga… przecież te dzieci tam były! Przecież tego nie mogę tolerować! Wojna!

Król był wyraźnie zdenerwowany, zaraz też wydał jakiś rozkaz i odszedł. Królowa zwróciła się do Basi:

– Babcię i dziadka możecie odczarować tylko w jeden sposób – królowa podała Basi dwie fiolki z czarodziejskim płynem

– Pamiętaj, że musisz ostrożnie wlać im eliksir przez usta do serca.

– A my? Co my mamy zrobić? – spytał Franek.

– Powinniście w domu zaopiekować się babcią i dziadkiem, zrobić im coś ciepłego do picia, poczytać im, posprzątać i pozwolić dochodzić do siebie. Dacie radę?

– Tak, damy radę! – odpowiedzieli chłopcy chórem.

Dzieci podziękowały królowej za poradę i czarodziejski eliksir i pobiegły do dziadków, a z nimi leciały maleńkie śnieżne duszki. Basia ostrożnie wlała magiczny płyn. Kiedy babcia z dziadkiem odzyskali kolory i czucie, wszyscy postanowili wrócić do domu. Ponieważ w czasie działania złego czaru rzuconego przez czarnoksiężnika babcia z dziadkiem nic nie czuli – nic też nie pamiętali. Mówili więc tylko do siebie i do swoich wnuków, że bardzo zmarzli podczas tego spaceru.

W domu chłopcy zrobili im kawę, Basia podała ciasto upieczone przez babcię przed południem. Staś podał dziadkowi pilota do telewizora, a Franek pozmywał naczynia. Babcia tuliła się do dziadka pod ciepłym kocem, a Staś czytał im na głos gazetę. W porze kolacji dzieci same przygotowały posiłek i podały ukochanym dziadkom gorącą herbatę z malinami.

– Tak bardzo cię kocham babciu! – powiedział Franio zarzucając babci ramiona na szyję

– Tak bardzo cię kocham dziadku! – powiedziała Basia gramoląc się dziadkowi na kolanach

– Ja też! – dodał Staś.

 

Tymczasem król ze swoim wojskiem złożonym z najodważniejszych lodowych elfów musiał wytropić, porwać i uwięzić złego czarnoksiężnika. Ale to zupełnie inna historia.

 

Wszystkiego najlepszego dla kochanych babć i dziadków! Macie specjalne miejsca w naszych sercach!



Baśń snuta we mgle

Pewnego jesiennego popołudnia dzieci wraz z mamą wracały z przedszkola. Staś chciał iść przez osiedle domków jednorodzinnych, ponieważ była to trasa krótsza, a on liczył na to, że w domu mama pozwoli mu obejrzeć bajki na TV. Basia głośno i stanowczo upierała się przy wyborze drogi przez las i polankę. Franio, jak zwykle, nie wyrażał swego zdania. Narrator przypuszcza, że obie opcje były dla niego równie zadowalające. Jeśli Staś coś proponuje, zwykle jest to świetny wybór. Gdy Basia coś chce, to na pewno chce dobrze.  Mama skłaniała się do wyboru drogi przez las, bo pomimo mgły – bardzo lubiła te leśne spacery. Dzieci mogły iść w swoim tempie (a więc Franek mógł zatrzymywać się i podziwiać szyszki, bądź wystające kamienie, Basia mogła biec do przodu, a Staś mógł gadać i gadać). Upór małej upartej dziewczynki też robił swoje. A ustępliwa natura Stasia pozwalała znaleźć wyjście z impasu. Wybrali się więc ścieżką prowadzącą do lasu.

Między drzewami snuły się szare opary mgły. Ale nie robiło to na nikim większego wrażenia.  Kiedy jednak wyszli na polanę – zdawało się, że jest ona zalana mlekiem – tak gęsta i nieprzenikliwa była tu mgła. Basia pobiegła przodem, a Franek ze Stasiem zostali w tyle „walcząc” z wyimaginowanymi przeciwnikami za pomocą równie wyimaginowanej broni białej.

Basia zniknęła we mgle. Kiedy weszła w głąb zobaczyła piękną kobietę ubrana w suknię biało-srebrzystą, delikatną, jak mgiełka. Była to Księżna Mgła. Kiedy zobaczyła dziewczynkę uśmiechnęła się do siebie i pokazała Basi korale zrobione z jarzębiny:

– Zobacz moje dziecko, jakie korale! Wyglądałabyś w nich przepięknie, podejdź moja słodka!

Basia – jak to miała w zwyczaju – trzymała się na dystans.

Księżna Mgła wyjęła więc brylantowy diadem z szadzi (zamarzniętej mgły), który prawdopodobnie skrzyłby się w promieniach słońca, ale promienie nie mogły przebić się przez gęstą mgłę. Basia zrobiła dwa kroki w stronę pięknej pani, a ta cofnęła się trzy kroki. Nagle w jej ramionach pojawiła się para sikorek, a Mgła powiedziała:

– Ojej, jakie cudne ptaszęta, zobacz, zobacz kochanie.

Dziewczynka znów zrobiła kilka kroków w stronę Mgły, a ta skoczyła ku niej, chwyciła mocno i szybko porwała ją do swojego księstwa.

Tymczasem mama zawołała do Franka i Stasia:

– Hej, chłopaki! Wasza siostra pobiegła do przodu i jest już tak daleko, że jej nie widać. Lećcie za nią.

Staś chwycił młodszego brata za rękę i pociągnął za sobą, po chwili sami zniknęli w gęstej mgle.

– Baśka! Baśka! Gdzie jesteś? – wołał Staś.

– Basia! Czekaj na nas! – wtórował mu Franek.

Ale Basi nie było, ponieważ znajdowała się już w bajkowej krainie mgły. Niedaleko, ale zupełnie gdzie indziej. Staś zaczął płakać, Franio próbował pocieszać starszego brata, ale jedyne, co mógł zrobić, to przytulić się do niego. Kiedy chłopcy tak tulili się do siebie, Franek usłyszał czyjś chichot, a Staś poczuł na mokrych policzkach delikatny powiew. To młody Wietrzyk przyleciał, by się z nimi bawić. Jak jednak wiecie, chłopcy w tym momencie nie mieli ochoty na bieganie za wiatrem, na kawały i radosną zabawę. Ich siostrzyczka została uprowadzona, a nie mieli pojęcia, jak mogliby ją uratować.

Wietrzyk zapytał ich o powód zmartwienia. Kiedy usłyszał odpowiedź westchnął:

– To pewnie sprawka Księżnej Mgły. Jest tak gęsta mgła dzisiaj, że jestem pewnie, że tu dziś była. Pewnie porwała waszą siostrzyczkę do swojego księstwa.

– Jak się tam dostaniemy?

– Nie da się tak po prostu tam dojść. Ludzie nie mogą się tam dostać. Ale mam pomysł – odpowiedział Wietrzyk i … odleciał!

Po chwili wrócił i powiedział:

– Przedstawiam wam mojego starszego brata – Wiaterka. Zgodził się nam pomóc. Zaniesiemy was do Księstwa Mgły i pomożemy Wam uwolnić siostrę.

Chłopcy wsiedli na grzbiety tych dziwnych istot – Wietrzyka i Wiaterka i pofrunęli do Księstwa Mgły.

Kiedy znaleźli się w tej niezwykłej zamglonej krainie znów zaczęli wołać siostrę. Nagle usłyszeli jej głos:

– Tu jestem! Stasiu pomóż mi, tu jestem!

Chłopcy pobiegli w jej stronę i zobaczyli Basię uwięzioną w klatce zrobionej z konarów dębu. Klatka była bardzo solidna i chłopcom pomimo ich wysiłków nie udało się uwolnić siostry. Wiaterek i Wietrzyk zaczęli dmuchać na klatkę, ale ich podmuchy były za słabe i poza skrzypieniem konarów nie przyniosły żadnego efektu.

Nagle Wietrzyk zawołał, że Mgła się zbliża i muszą się ukryć. Ale Staś powiedział, że spróbuje jeszcze raz. Poprosił Wiaterka i Franka o pomoc i z całej siły pociągnęli najcieńsze z gałęzi w przeciwnych kierunkach. Na chwileczkę udało im się rozchylić je w wąską szparę i drobniutka Basia – choć z trudem – zdołała się przecisnąć. Dosłownie w ostatniej chwili. Szybko wsiadła na jednego z powietrznych braci, razem z nią siadł Franek. Staś dosiadł drugiego z wiatrów i fruuuu! Unieśli się pędem w górę. W tym momencie pojawiła się Księżna Mgła, ale nie zauważyła chłopców. Rzuciła tylko  okiem na klatkę i stwierdziła, że jest ona nienaruszona, więc spokojnie odeszła.

Tymczasem Wietrzyk, Wiaterek oraz trójka rodzeństwa przenieśli się z powrotem do zwykłego lasku. Mgła się rozwiała od podmuchów wiatru, tylko nad strumykiem unosiły się jeszcze cienkie i delikatne smugi. Dzieci podziękowały Wietrzykowi i Wiaterkowi i pobiegły w stronę mamy.

– O jesteście! – ucieszyła się mama – ależ ta mgła była gęsta. Wiem, że znacie tu wszystkie ścieżki i krzaki, ale proszę tak nie znikać, ja jednak spokojniejsza jestem, kiedy was widzę.

Wszyscy ruszyli ścieżką w stronę osiedla, a Wietrzyk dla zabawy kilkakrotnie zrzucał mamie kapelusz.

– Ojej, wiatr się zerwał. Rozwiał mgłę, a teraz bawi się moim kapeluszem – powiedziała mama.

Dzieci parsknęły śmiechem, a potem opowiedziały mamie swoją przygodę.



Next page →