Tag Archives: krasnoludek

Błotoludki – część trzecia: Ucieczka

Dzieciaki wbiegały po schodach, coraz wyżej i wyżej. Za nimi biegły uwolnione zwierzęta. Nie oglądali się za siebie, ale nikt ich nie gonił. Król Bagien i większość jego poddanych nie mieli pojęcia o ucieczce więźniów, a pokonane przez dzieci gnomy bały się pokazać władcy.

Kiedy byli już naprawdę wysoko i zdawało się, że droga na powierzchnię bagna dobiegać będzie końca – zmęczenie wspinaczką było już dla dzieci wyraźnie odczuwalne. Wtedy pojawiła się przed nimi zła czarownica – ta sama, która zamieniła dobrą wróżkę w glinianą figurkę, ta sama, którą dzieci zaplątały w włóczkę. Jej oczy błyszczały gniewem, pałała żądzą zemsty:

– O, mam was potworne dzieciaki! Myślicie, że można mnie złapać, upokorzyć, zmywać moje złe czary z dobrych wróżek, które opowiadają zwierzętom baśnie o elfach i leśnych wróżkach? – skrzeczała zbliżając się do dzieci z rozpostartymi szponami.

Basia krzyknęła:

– Ty wstrętna Bajajago! Nie uda ci się!

– Uciekacie od Króla Bagien, co? Ha ha ha prosto w moje ręce! Już ja wiem, co trzeba z wami zrobić – i nie będę się bawić w żadne czary – kontynuowała jędza.

W tym momencie chwyciła Basię z zamiarem wsadzenia jej do worka trzymanego w drugiej ręce. Basia wyprężyła się, zaczęła wić, jak węgorz i wbiła swoje ostre ząbki w suchą i żylastą rękę czarownicy. Ta zawyła z bólu i odruchowo rozluźniła uchwyt.  Staś z całej siły popchnął wiedźmę, Franek kopnął ją w goleń. Starucha nie poddawała się jednak i próbowała chwycić któreś z dzieci i schować do worka. Wtedy jednak nadbiegła wilczyca i rzuciła się na jędzę ze swoimi ostrymi zębami, dzik szarżował rozpędzony bodąc swymi szablami pod żebra, ryś wbił swe pazury i nawet jeleń przyłączył się do tej walki. Pokonana czarownica stoczyła się po schodach w głąb bagna.

Jednak hałas wywołany walką zaalarmował złego władcę bagien i postawił na nogi jego sługi – bagienne gnomy. Zaraz też rzucili się w pościg za uciekinierami.

Tymczasem rodzeństwo było już mocno zmęczone wspinaczką po stromych schodach, wystraszone po walce ze złą czarownicą. Ich tempo ucieczki wyraźnie spadało. A pogoń była coraz bliżej. Na szczęście zwierzęta po raz kolejny przyszły im z pomocą. Wilczyca wzięła Basię na swój grzbiet, Staś siadł na dzika, a Franio koniecznie chciał dosiąść rysia, jednak ten – choć naprawdę imponujących rozmiarów – nie dałby rady uciekać z chłopcem na grzbiecie. Chcąc nie chcąc Franek musiał skorzystać z pomocy jelenia.

Kiedy udało im się wydostać na powierzchnię bagna – wciąż musieli uciekać, bo bagno próbowało ich wciągać. Zwierzęta z trudem odnajdywały pewny grunt, pojedyncze kępy traw.  Okazało się jednak, że błotoludki pospieszyły im z pomocą i już od jakiegoś czasu budowały z błota i patyków solidniejszy pomost. Pomagała im przy tym dobra leśna wróżka. Uciekającym dzieciom i zwierzętom udało się w końcu dotrzeć do tego pomostu ratunkowego i przestały tonąć w bagnie.

Uratowani pobiegli do wioski błotoludków, pożegnali się z wilczycą, rysiem, jeleniem i dzikiem. Zwierzęta szczęśliwe, że nareszcie mogą zobaczyć drzewa i znajomy las pobiegły do swoich dawnych kryjówek i zarośli. Dzieci uklękły na ziemi, by pożegnać się z błotnymi skrzatami, a potem pobiegły do mamy:

– Mamo! Poznaliśmy błotoludki – krzyczeli zbliżając się do niej.

– Właśnie widzę – uśmiechnęła się mama na ich widok – wy sami wyglądacie jak błotoludki. Moje wy błotne skrzaty. Chodźmy na targ.

 

Część pierwsza: Błotoludki i leśna wróżka

Część druga: Błotoludki i Król Bagien



Grzybobranie

Tata wziął koszyk, mama aparat fotograficzny i razem z dziećmi i psem wybrali się do lasu na grzyby.

W pewnym momencie Basia dała nura w gęstwinę świerkowego młodnika. Staś zawołał ją, ale Basia szła przed siebie schylając się pod gałęziami. Franek ruszył zaraz za nią, a za nimi – oczywiście Staś. Nie mógł przecież zostawić młodszego rodzeństwa. W sumie było to całkiem fajne – w młodniku było niemal ciemno, pachniało igliwiem i żywicą – jak tuż przed Wigilią. Ale gałęzie młodych choinek były tak nisko, że dzieci musiały iść na kolanach. Kiedy w końcu wyszli z gęstwiny – znaleźli się na małej polance. Porastała ją niska, szmaragdowa trawa, pośród której dzieci dostrzegły mnóstwo grzybów – przepięknych, kształtnych prawdziwków. A pośród nich – nie uwierzycie – najprawdziwsze krasnoludki!

Ale krasnoludki nie były ubrane na czerwono, o nie. Ich ubranka miały kolor liści, mchu, kory drzew. A prawdziwki to były ich domki. Jak w bajkach, prawda?

Krasnoludki były poruszone, wszystkie biegły na przeciwległy kraniec swojej wioski. Dzieci usłyszały ich zbiorowy lament. Staś ostrożnie poszedł w tamtą stronę.

– O jejku, jesteśmy zgubieni! Nie uda się uratować wioski!

– Co się stało? – spytał Staś jakiegoś skrzata z długą siwą brodą

– Dzik w nocy zrył okolice potoczku i teraz cały strumień płynie w stronę naszej wioski. Zaraz zaleje wszystkie nasze domki – wyjaśnił sędziwy krasnoludek

Staś z Frankiem zaraz pobiegli w stronę nadciągającej katastrofy. Szybko znaleźli jakieś gałęzie i przy ich pomocy (oraz przy pomocy własnych dłoni) przekopali kanał i woda ze strumienia trafiła do swego starego koryta. Niestety wcześniej zdążyła zalać kilka domków z krasnoludkowej wioski. Ale Basia zdjęła swoją apaszkę i starannie osuszyła zalane grzybki.

– Dzięki wam! Wielkie dzięki. Uratowaliście naszą wioskę. Jesteśmy wam wdzięczni – powiedział najstarszy ze wszystkich krasnoludków.

– Och, nic wielkiego, każdy by to zrobił na naszym miejscu – odpowiedział rezolutnie Staś

Krasnoludki dały dzieciom koszyk pełen rydzów, pożegnały rodzeństwo uroczyście, a jeden z nich, młodziutki leśny skrzat dostał zadanie przeprowadzenie dzieci przez młodnik z powrotem na ścieżkę.

Kiedy dzieci znalazły się znów na ścieżce i pożegnały miłego krasnalka – ruszyły w stronę domu. A ich przewodnik wrócił do wioski.

– Zaprowadziłeś ich do domu?- spytał najstarszy z krasnoludków

-Nie, tylko na ścieżkę. Stamtąd już trafią – odparł wesoło.

– O nie! Przecież Zła Czarownica znów ruszyła na łowy! Wiecie przecież, że przybiera postać rudej wiewiórki, daje dzieciom zaczarowane orzechy i w ten sposób zamienia je w sójki. A one już nigdy nie mogą wrócić do domu. Musimy ich bezpiecznie wyprowadzić z lasu!

I krasnoludki uzbroiły się w dzidy, tarcze i pobiegły za dziećmi.

Tymczasem Basia, Franek i Staś szli ścieżką prowadzącą w stronę domu.

– o popatrzcie,  wiewiórka! – zawołał Franek

Na środku ścieżki siedziała przepiękna ruda wiewiórka.

– Podejdźcie moi mili – odezwała się wiewiórka przyjaźnie – mam dla was smaczne orzeszki laskowe.

Staś podskoczył do wiewiórki i wziął całą garść orzechów, Basia trochę bała się podejść, ale pokusa była silniejsza. Jedynie Franek nie chciał orzechów.

W tym momencie z zarośli wypadła chmara krasnoludków, które obrzuciły wiewiórkę (a właściwie Złą Czarownicę) swoimi dzidami i kamieniami. Czarownica zaczęła uciekać w popłochu, a krasnoludki krzyknęły do dzieci:

– Wyrzućcie te orzechy! To zaczarowane orzechy! Nie możecie ich zjeść! Zamienicie się w sójki i nigdy już nie wrócicie do domu!

Dzieci rzuciły przeklęty-zaklęty poczęstunek. Tylko Basia zjadła jednego  (kiedy opowiadałam dzieciom tę bajkę, Basia upierała się, że ona zjadła orzecha). Staś zaczął płakać i protestować, wiedząc już, że orzechy miały zgubne działanie (Staś nie mógł zaakceptować takiej wersji i autentycznie się rozpłakał) i jego łzy unieszkodliwiły zły czar [1].

W tym momencie na ścieżkę wyszli rodzice. Krasnoludki ukryły się przed wzrokiem dorosłych, wyglądały, jak opadłe liście, jak mech, czy szyszka, albo kawałek korzenia.

– Dobrze, że tu na nas czekacie. Nie oddalajcie się od ścieżki – powiedział tatuś – o, widzę, że też znaleźliście grzyby i to całkiem sporo – dodał dostrzegając rydze.

– No dobra, wracamy do domu – powiedziała mama i zagwizdała na psa.

A w domu mama upiekła rydze na blasze pieca.

 

 


[1] Wiem, deux ex machina, ale przy podwójnych łzach i protestach musiałam to jakoś rozwiązać, by oboje byli zadowoleni

katalog firm



Skrzat

 

 

Padało. W listopadzie często pada, a odgłos spadających kropel na oknach dachowych był lubiany przez domowników. Ale listopadowy deszcz nie zawsze spadał z odgłosem – częściej po prostu bezszelestnie spływał po szybie. Tego dnia jakoś nikt nie miał ochoty na wyprawę do lasu, na skakanie po kałużach i strząsanie kropel z gałęzi na brata, czy siostrę. Trójka rodzeństwa szukała zajęcia w domu. Najstarszy Staś wypełniał zeszyt rzędami liter o długich pająkowatych „nogach”.

– Mamo! Patrz, jakie duże T! Ono jest naaaajwiększe! Widzisz?

Franek dosunął sobie krzesło, wspiął się, zdjął z półki pudełko z chusteczkami higienicznymi, usiadł z nim na podłodze. Wyciągał po jednej chusteczce z pudełka i darł ją na drobne płatki. W końcu wyglądał jak jakiś władca śniegu ze swoimi poddanymi.

Basia, siostra-bliźniaczka Franka  śpiewała sobie pod nosem i tanecznym krokiem poruszała się po całym mieszkaniu. W pewnym momencie podeszła do Stasia i z szelmowskim uśmiechem wyrwała mu ołówek z ręki. Z okrzykiem zaczęła uciekać przed bratem. Franek zobaczył błysk w spojrzeniu siostry i ruszył za rodzeństwem w pogoń. Cała trójka wydawała z siebie bojowe okrzyki lub piski entuzjazmu. Basia wpadła do sypialni chłopców, wskoczyła na łóżko Franka, zaraz za nią wleciał Staś. Franek starannie zamknął za sobą drzwi. Dzieci usiadły na łóżku i zapomniały o porwaniu i próbie odbicia ołówka. Najważniejsza była pogoń. Plan Basi się powiódł – miała braci tylko dla siebie.

Dzieci siedziały cichutko nie wiedząc jeszcze, co tym razem będą robić. W tym momencie spod zwalonej przed południem sterty pluszaków wygrzebał się skrzat. Dzieci siedziały nieporuszone i spoglądały na siebie. Basia uśmiechnęła się do chłopców triumfalnie – „Ha! Przygoda! Koniec nudy!” – mówiło jej spojrzenie.

– Czy możemy ci jakoś pomóc? – zapytał Staś grzecznie podchodząc bliżej.

Skrzat podskoczył w miejscu na wysokość głowy stojącego dziecka i zaraz dał nura w zabawki.

– Chyba go wystraszyłeś – szepnęła z przejęciem Basia patrząc na skrzata, który próbował schować się za misiem pandą.

– Wystraszył się pan? – zapytał Franek pochylając się nad niecodziennym gościem.

– Ojoj…. No trudno. Widzicie mnie? No trudno. Już od dawna nikt z ludzi mnie nie widział, dobrze się ukrywałem, ale dziś, ach dziś… a to pech…. – odpowiedział skrzat odwracając się do dzieci.

– Mam na imię Staś, mam 4 lata, a to moje rodzeństwo.

– Jestem Basia.

– Jestem Franek.

– Jestem Tittellitury – odpowiedział skrzat.

-Jak????? – chórem zapytały dzieci.  Staś spróbował wymówić imię gościa.

– Dla Was mogę być Titek – zaproponował skrzat – zgubiłem tęczową kulę, o gdzieś tu mi wpadła i nie mogę jej znaleźć – wskazał stos pluszaków.

– Pomogę Ci szukać! – Basia klasnęła w dłonie.

Franek popatrzył na siostrę i szybko poszedł w jej ślady. Jeszcze udałoby się jej szybciej niż jemu, o nie!

Dzieci w potrójnym swym zapale szybko poukładały zabawki na półkach. Niestety pod stertą kulki nie było. Skrzat usiadł wyraźnie przygnębiony.

– A do czego służy ta kulka? – spytał Staś

– To moja tęczowa kuleczka dzięki której jestem niewidzialny po tej stronie. Jest bardzo potrzebna naszej królowej. Nasze królestwo jest w niebezpieczeństwie! Zagrażają nam mrówki.

– mrówki? Ja nie lubię mrówek – przerwała  Basia wydymając usteczka.

– A czarne, czy czerwone? – spytał dociekliwie Staś

– Ale jak ta kuleczka wam pomoże? – dopytywał Franek

– Jestem Nadwornym Strażnikiem i pilnuję tej kuleczki. Kiedy nasza królowa bierze ją w ręce i zaczyna śpiewać – mrówki uciekają. Bez niej – jesteśmy bezradni. Każdy skrzat ma prawo ją wziąć udając się do waszego świata, po to by być niewidzialnym, a skrzaty często was odwiedzają.

– O, naprawdę? – zdziwił się Staś –a po co?

– Po różne rzeczy – odpowiedział Titek – najczęściej przynoszą pozostawione okruszki, trochę soli, pojedyncze owoce. Ale czasem, kiedy zostawiacie bałagan – bierzemy nieposprzątane zabawki, albo kredki, czy rozrzucone skarpetki.

Dzieci otworzyły szerzej oczy ze zdziwienia, a w oczach Stasia pojawił się błysk, kiedy przypomniał sobie bezskuteczne próby odnalezienia różnych rzeczy. Mama nieraz prosiła o posprzątanie mówiąc, że skrzaty pozabierają rozrzucone zabawki, sądząc, że są pozostawione specjalnie dla nich – jak to kiedyś ludzie mieli w zwyczaju, gdy jeszcze wierzyli w domowe skrzaty.

– Znalazłem! teraz mogę wrócić do domu! Królowa pewnie się martwi – dzieci usłyszały głos Titka, choć wcale nie było go widać.

Nagle skrzat pojawił się znowu. Okazało się, że znalazł swój magiczny artefakt.

– Bardzo Wam dziękuję. Chciałbym się Wam odwdzięczyć za pomoc. Poczekacie chwilę?

Rodzeństwo skinęło ochoczo. Skrzat ponownie chwycił kuleczkę. Kiedy stał się niewidzialny pobiegł w stronę biblioteczki, wspiął się na drugą półkę i wszedł między książki. To była droga do krainy skrzatów domowych.  Pobiegł do swojego domku, ze spiżarni wziął 3 marcepany, schował swą kulkę do mieszka , by dzieci mogły go widzieć, spakował coś jeszcze i wrócił do nich.

– Proszę, oto nagroda dla was – Titek uśmiechnął się podając dzieciom słodkie dowody wdzięczności.

– O nie! Tylko trzy? – zdziwił się Franek – przecież Ty nie masz żadnego! Proszę! – powiedział odłamując kawałek i podając skrzatowi.

Zaraz to samo zrobiła Basia. Staś nie miał już z czego odłamać, więc z westchnieniem oddał ostatni kęs. Titek był wyraźnie wzruszony.

– Jesteście niesamowici! Chodźcie za mną! – powiedział skrzat i każdego musnął w nos specjalnym pędzelkiem.

Dzieci zrobiły się tak maleńkie, jak ich nowy znajomy. Ruszyły za nim w stronę regału na książki.

– Ojej! Opowieści o elfach – ta książka jest taka wielka! Ale fajnie! – krzyknęła Basia z entuzjazmem! – patrzcie chłopaki!

– I Koziołek Matołek też wielki! – śmiał się Franek

Dzieci ruszyły za Titkiem w stronę maleńkich drzwiczek ukrytych między książkami. Skrzat zaprowadził ich do królowej tego dziwnego królestwa ukrytego za szafą w pokoju chłopców. Przedstawił dzieci władczyni i w krótkich słowach opisał ich zachowanie.

Dzieci rozglądały się z zaciekawieniem po pięknym pałacu, odnajdując w niektórych miejscach swe zagubione dawno temu przedmioty – z różowego guzika zrobiony był jeden z bocznych żyrandoli, z samochodziku, który zaginął wiele miesięcy wcześniej – skrzaty zrobiły piękny powóz.  Staś zobaczył również swoją rękawiczkę, której bezskutecznie szukał poprzedniej zimy.

Królowa skrzatów wysłuchała relacji Titka, następnie przywołała dzieci do siebie skinieniem dłoni.

– Dziękuję wam za pomoc i za waszą postawę. Już dawno nikt z moich poddanych nie był widziany przez ludzi, ponieważ było to dla nas bardzo niebezpieczne. Cieszę się, że to właśnie wy jesteście naszymi sąsiadami, bo wiem, że nie tylko nie stanowicie zagrożenia, ale też można liczyć na waszą pomoc i dobre serduszka.

Dzieci spojrzały po sobie. W oczach Basi widać było dumę, Franio był zakłopotany pochwałami, a Staś radosny i podekscytowany.

– Dlatego chciałabym okazać wam swą wdzięczność.  – kontynuowała królowa – Bądźcie pewni, że możecie liczyć na moich poddanych. Przyjmijcie te skromne podarunki – królowa skrzatów przywołała gestem dworzan, którzy na aksamitnych poduszeczkach przynieśli każdemu z dzieci po kamieniu szlachetnym.

Basia wybrała różowy rubin, Franio oczywiście szmaragd, a Staś szafir.

Kiedy dzieci wróciły do swojego pokoju Titek ponownie musnął ich nosy pędzelkiem i dzieci znów były naturalnej wielkości. Pożegnały się ze skrzatem i pobiegły do mamy, by pokazać jej drogocenne kamienie. Teraz okazało się, że były naprawdę malutkie. Ale i tak przepięknie mieniły się w promieniach słońca, które akurat wyszło zza chmur.