Tag Archives: noc

Noc świętojańska, czyli wyprawa po kwiat paproci

Dzieci czekały na czerwcową noc, tę najkrótszą w całym roku. A dzień właśnie ciągnął się wyjątkowo długo. I był wyjątkowo gorący. Pachniał truskawkami, a po południu także zapachem balsamu przeciwko komarom.

– Kiedy będzie wieczór? – pytało co jakiś czas jedno z dzieci.

W końcu słońce zaczęło zachodzić. I to też trwało wyjątkowo długo, słońce zawisło nad horyzontem, jak wielka pomarańcza. Nareszcie tarcza słońca bardzo powoli zniknęła, a niebo jeszcze długo zachwycało barwami ognia.

– To będzie noc ognia i wody – powiedział Staś – dziadziuś nam mówił.

– Pozwólmy im dziś siedzieć do oporu – zasugerowała mama – i tak w końcu padną, a dziś jest ta wyjątkowa noc. Co ty na to? – zwróciła się do taty.

Dzieci głośno wyraziły swój entuzjazm.

-Tak! Tak! Zostaniemy na balkonie! Możemy? Proszę, prooooszę! – dzieci skakały wokół rodziców.

– No dobrze – uśmiechnął się tata – ale musicie być w piżamach.

Franek pobiegł do pokoju i przyniósł piżamy dla siebie i dla rodzeństwa. Szybko się przebrali i rozłożyli koc na balkonie.  Staś snuł niesamowite opowieści, a bliźniaki w skupieniu go słuchały zapominając nawet o przepychankach.

W pewnym momencie jednak Franek poderwał się z krzykiem:

– A! komar! Mamo, komar! Komar mnie chce zjeść!

Cała trójka z krzykiem wpadła do mieszkania i zatrzasnęła za sobą drzwi. Ale w środku było duszno, gorąco i nudno, więc Staś powiedział:

– Ja nie boję się komarów! Wracam na balkon!

– Ja też! Ja jestem odważna – powiedziała Basia i szarpnęła zdecydowanie drzwi balkonowe.

Franek jak zwykle poszedł za nimi. Znów usiedli na kocu i spoglądali w niebo, które stawało się seledynowe.

– O, gwiazdka – zauważył Franio pierwszą z gwiazd.

Potem pojawiła się druga i trzecia. Dzieci zaczęły wypatrywać kolejnych i liczyć. Na początku było łatwo, bo gwiazdek było widać pięć, potem siedem, dwanaście, w końcu widocznych było dwadzieścia gwiazd. Kilka było bladych i ledwo dostrzegalnych, ale te pierwsze były wyraźne i świeciły jasno, coraz jaśniej. Teraz trudniej było je liczyć, zwłaszcza, że gwiazdki zaczęły się poruszać. Początkowo zataczały małe koła. Potem dobrały się w pary i małe grupki i tańczyły wolno wokół siebie, coraz szybciej, w coraz większych kręgach. W pewnym momencie zaczęły wirować prędko coraz niżej, aż zbliżyły się do balkonu.

– To robaczki świętojańskie – szepnęła Basia.

A gwiazdki usiadły na barierce balkonu i zamrugały do dzieci.

– Jesteśmy gwiazdki, gwiezdne iskierki. Raz w roku, właśnie tej magicznej nocy, możemy zejść z nieba na ziemię. To nasze wielkie święto, taki Nowy Rok – powiedziały gwiazdki dźwięcznymi głosami – przybieramy wtedy postać robaczków świętojańskich. Lećcie z nami na naszą Sobótkę!

Świetliki uniosły się, rozżarzyły i obsypały dzieci świetlnym pyłem.

– Zobacz Stasiu, moje ręce świecą – zauważył Franek.

Dzieci zaczęły unosić się w powietrzu, a gwiazdki-świetliki wirowały wokół nich. Wszyscy zaczęli lecieć w stronę lasu. Dzieci spostrzegły w dole polanę rozbłyskującą ogniskami. Tam, obok jednego z mniejszych ognisk, świetliki delikatnie posadziły dzieci i odleciały.

W lesie było zupełnie ciemno, jedynie okręgi wokół ognisk jaśniały blaskiem. Wokół jednego z nich zebrali się starsi chłopcy, którzy bawili się skacząc ponad płomieniami. Wokół drugiego dziewczęta, które z zebranych kwiatów wiły wianki i szeptały coś między sobą. Inne z ognisk zgromadziło dorosłych mężczyzn.  Nieopodal starego dębu siedziała jakaś starowinka, a wokół niej zebrały się dzieci.

– Chodźmy tam – wskazał Staś tę właśnie grupkę i pociągnął rodzeństwo za sobą.

Staruszka opowiadała o zwyczaju rzucania wianków w wodę i o skokach przez ognisko.  Opowiadała stare klechdy i legendy, podania i baśnie. Dzieci siedziały zasłuchane, a przed ich oczami stawały smoki, rusałki, skrzaty.

– … a kto znajdzie kwiat paproci, temu będzie sprzyjać szczęście – zakończyła.

– Chodźmy poszukać kwiatu paproci – zaproponował Staś.

Staruszka kiwnęła na niego przywołując go do siebie. Chłopiec zawahał się, ale podszedł bliżej bajarki.

– Chłopcze, to nie dla ciebie zadanie. Tyś młody jeszcze. To dla starszych przygoda, niebezpieczna przygoda.

– Ja nie boję się niebezpieczeństw – odparł chłopiec.

– Skoro tak – idź i powodzenia. Ale uważaj na siebie i na rodzeństwo.

Dzieci ruszyły ścieżką w głąb lasu.

– Stasiu, całkiem inaczej to wygląda niż w dzień – zauważyła Basia i chwyciła brata za rękę.

Staś spostrzegł, że przed nimi ścieżką porusza się grupka starszych chłopaków. Słychać było ich rozmowy. Oni też szukali kwiatu paproci.

– Musimy zejść ze ścieżki, wejść w zarośla – powiedział Staś – tutaj wszyscy chodzą i cudownego kwiatu na pewno tu nie ma – dodał i pociągnął bliźniaki za sobą w gęste krzaki.

Kiedy zeszli ze ścieżki – zaświecił się przed nimi jeden ze świetlików. Potem kilka kolejnych. Prowadziły ich za sobą, niczym błędne ogniki.

– Huuuu, huuuuu – usłyszeli z prawej strony.

Coś wyskoczyło z traw i przebiegło tuż przed nimi.

– Boję się – powiedziała Basia.

-Nie bój się,  siostrzyczko – powiedział Staś uspokajająco, a te słowa i ton, w którym je wypowiedział i jemu samemu dodały otuchy.

Jednak teraz dzieci szły wolniej i z niepokojem rozglądały się na boki.  Jakaś koścista, patykowata ręka o długich szponach złapała Stasia, ale ten jednym szybkim szarpnięciem uwolnił się z uchwytu. Kilka kroków dalej Franek obrócił się do tyłu i zobaczył zjawę między gałęziami drzew.

– Stasiu, to chyba duch? – szarpnął brata za ramię, ale zjawa zniknęła, jak rozwiany wiatrem dym.

A może rzeczywiście był to dym z któregoś z palonych tej nocy ognisk?

Nagle gwiazdki-świetliki zatrzymały się i skupiły dając jedno mocne światełko.

– Co to? To tutaj? – zapytał Staś.

Dzieci nachyliły się i zobaczyły gęste paprocie. Trzy z nich kwitły.

– Mamy! Znaleźliśmy! Znaleźliśmy kwiat paproci! – ucieszyły się dzieci.

Robaczki świętojańskie zadźwięczały, jak srebrne dzwonki, zawirowały szybko wokół dzieci i znów uniosły się ponad las, a dzieci razem z nimi, niczym w małej, srebrzystej trąbie powietrznej. W ten sposób gwiazdeczki pomogły wrócić dzieciom na balkon. Mrugnęły do nich i odleciały znów na granatowe nocne niebo, gdzie każda zajęła swoje miejsce. A dzieci zasnęły ściskając w piąstkach cudowne kwiaty.

 

kwiat paproci



Baśń o Smoczycy Celestynie

Na początku lipca zmrok zapadał bardzo późno. Kiedy w końcu dzieci wylądowały w łóżkach, wysłuchały bajek opowiadanych przez mamę („Dodaj trochę niebezpieczeństwa!”, „inną, opowiedz jeszcze inną”) nadal nie mogły zasnąć. W końcu Staś wyszedł z łóżka, zaraz w jego ślady poszła jego młodsza siostra Basia. Jej brat bliźniak – Franek szybko do nich dołączył. Chwilę przyglądali się rozgwieżdżonemu niebu i wymyślali własne gwiazdozbiory:

– O, tamte gwiazdki układają się w wielką górę diamentów! – piszczała Basia.

– Nie widzę, ale widzę rydwan! Widzisz ten rydwan tam? – wskazywał Staś.

– A tam głowa byka! To na pewno gwiazdozbiór byka – dodał Franek.

Niestety część nieba znajdowała się po drugiej stronie domu. Dlatego dzieci postanowiły wyjść do ogrodu.

– Ale cicho, pamiętajcie. Skradamy się jak ninja – upominał młodsze rodzeństwo Staś.

Dzieci cichutko zeszły na dół po schodach, otworzyły drzwi i boso wyszły na trawę. Teraz widziały całe niebo, na którym aż roiło się od gwiazd. Nagle zobaczyły nad sobą dziwne stworzenie. Była to smoczyca – granatowa, jak nocne niebo, z błyszczącymi gwiazdkami na gładkich łuskach. Wylądowała na trawniku między domem, a bzem, nie dostrzegła dzieci.  Franek ostrożnie zbliżył się do niej, Basia chowała się za Stasiem, który z właściwą sobie rezerwą pozostawał w cieniu modrzewia. Franek jednak podszedł bliżej i przedstawił siebie, oraz swoje rodzeństwo.

– Witaj, jestem Celestyna – smoczyca również się przedstawiła.

– Piękne imię – powiedział Staś i również podszedł do niezwykłego gościa.

Basia chcąc nie chcąc musiała udać się za nim, ponieważ tylko za jego plecami czuła się bezpiecznie. Nie przeszkadzało jej to rzucać uważnych spojrzeń w kierunku Celestyny. A była ona naprawdę urodziwa. Miała wielkie, głębokie, błyszczące oczy ocienione pięknymi, długimi rzęsami. Jednak jej spojrzenie było smutne.

– Tak piękne, jak ty – powiedział Franek – wyglądasz na przestraszoną i smutną.

– Przepraszam, nie zauważyłam was. Nie powinnam była tu lądować, nikt nie może mnie zobaczyć. To mogłoby sprowadzić na was niebezpieczeństwo.

I opowiedziała o tym, że ucieka się przed okrutnym władcą smoków i szuka bezpiecznej kryjówki. Dzieci pobiegły w stronę stodoły i otworzyły wielkie drzwi, zaprosiły Celestynę do środka. W tym momencie nad domem przeleciał Gromosław – burzowy władca letniego nieba.

– To on! – pisnęła wystraszona Celestyna – to on! Szuka mnie! Chce mnie wydać za mąż za swego syna – leniwego i tchórzliwego Pokrakę.

– Ciiii – uspokajała ją Basia, która już przełamała swój początkowy strach – tu cię nie znajdzie.

Gromosław przelatywał nad całą doliną, widać było, że jest wściekły, bo rzucał piorunami i ryczał. Zrobiło się ciemno i strasznie.

Następnego ranka, zaraz po śniadaniu Staś, Basia i Franek pobiegli do swojej nowej znajomej. Celestyna powiedziała, że zgodnie z prawem smoków, jeśli uda jej się pozostać w ukryciu przez trzy noce – będzie wolna, a Gromosław nie będzie mógł nic zrobić.

Tymczasem burzowy władca letniego nieba nieustannie latał w pobliżu domu, zawracał w stronę lasu i znów nadlatywał, a wraz z nim nadciągały ciężkie deszczowe chmury i zaczął kropić deszcz.

– Ocho, chyba będzie burza – powiedział tata – muszę schować kosiarkę.

Kiedy otworzył drzwi do stodoły stanął – delikatnie mówiąc – mocno zdziwiony:

– Co to za gadzina! Wynoś się stąd, ale już! Co to za jaszczur tu siedzi! Przesuń się trochę, muszę tu wjechać kosiarką.

Podczas gdy tak wykrzykiwał, nad domem przelatywał Gromosław. Zdziwiły go te wrzaski, więc zniżył lot. Tymczasem tata próbował wyciągnąć smoczycę za ogon, zapierał się piętami i ciągnął. Wtedy nadbiegły dzieci.

– Tatusiu, zostaw ją – to Celestyna – zaczęła Basia.

– Nasza przyjaciółka – dodał Staś.

– Potrzebuje schronienia – uzupełnił Franio i czule pogłaskał wystraszoną smoczycę.

– Ten gad to wasza przyjaciółka? – zdziwił się tatuś, a potem przyjrzał się Celestynie.

I on dostrzegł jej piękno, oraz smutek i strach w jej spojrzeniu.

– No fajnych macie przyjaciół, dość niezwykłych.

– Może tu zostać? Jeszcze tylko dwie noce?

– Bo ją straszny Gromosław chce siłą wydać za tchórzliwego Pokrakę.

– No dobrze, niech zostanie – zgodził się tata – ale musisz się troszkę przesunąć, żebym mógł schować kosiarkę –zwrócił się do Celestyny.

I smoczyca została w stodole. Dzieci codziennie spędzały dużo czasu z przyjaciółką – podczas gdy na zewnątrz wciąż latał Gromosław i ciągle przewalały się burzowe chmury. Staś czytał jej bajki, Basia robiła jej makijaż kosmetykami mamusi, Franio ją rozśmieszał. Wiecie, co lubią jeść smoki nocnego nieba? Celestyna lubiła gwiezdny pył, ale żadne z trójki rodzeństwa nie mogło go zdobyć, więc przynosili jej cukier, twarożek oraz śmietankę. Po trzech nocach Celestyna mogła bezpiecznie opuścić schronienie w stodole i udać się w swoje strony. Jednak każdego wieczoru podczas tych wakacji przylatywała do dzieci, zabierała je na nocne loty ponad lasem i przynosiła im gwiezdny pył. A sama prosiła o cukier, który bardzo jej posmakował.

 

celestyna
Celestyna rys. Asia Jasińska


Święty Mikołaj

Tego wieczoru przyszedł mróz. Ściął mgłę w srebrzystą szadź, niebo było rozgwieżdżone.  Wszyscy domownicy poszli spać.

W środku nocy Basię obudził jakiś stuk na balkonie. Okno obok jej łóżeczka wychodziło na balkon biegnący wzdłuż całego mieszkania. Wychodziło się na niego z salonu. Basia usłyszała ten niespodziewany dźwięk.

– Stasiu – wyszeptała – Stasiu! – dodała głośniej – słyszałeś?

Starszy brat poprawił się na swoim łóżku i cichutko zamruczał.

– Franio! Zbudź się! – krzyknęła i wstała z łóżka, by szarpnąć drugiego z braci za rękę.

Franek usiadł na łóżku zaspany, przetarł oczy i już chciał zacząć się złościć, ale wtedy usłyszeli wyraźny dźwięk dzwona dobiegający właśnie z balkonu.

– Co to? – spytał Franek

– Nie wiem, zapytajmy Stasia.

Bliźniaki sprawnie weszły na łóżko piętrowe Stasia i obudziły go. Następnie cała trójka wyjrzała przez okno i ujrzała na balkonie sanie świętego Mikołaja, a w nich Mikołaja – biskupa, oraz jego pomocnika Anioła, a przy nich renifery.

– O rany! To święty Mikołaj! – wykrzyknął Staś.

Dzieci pobiegły do dużego pokoju, Staś otworzył drzwi i cała trójka wyszła na balkon.

Kiedy Anioł zobaczył dzieciaki w piżamkach i boso na balkonie – podfrunął na swoich wielkich, lśniących skrzydłach i krzyknął:

– Do domu! Sio do domu! Mróz taki, a Wy boso na śniegu!

Dzieci obróciły się na pięcie i wpadły do pokoju, za nimi wielkimi krokami wszedł św. Mikołaj – w purpurowej szacie biskupa, ze złotymi haftami, w biskupiej mitrze na głowie, a w ręce trzymał pastorał.

– Ale mróz! – powiedział Mikołaj wchodząc – możemy się zagrzać?

Basia skinęła głową bez słowa, a Franek chwycił świętego Mikołaja za rękę i wprowadził do środka.

– Jak zwykle drogi Mikołaju, jak zwykle! Co roku się dziwisz, że tak zimno, a to przecież grudzień – odparł Anioł.

Staś pobiegł do kuchni, nalał mleka do dwóch kubków, zagrzał mleko w kuchence mikrofalowej, wsypał do niego kakao instant. Franek ostrożnie wziął jeden z kubków i zaniósł świętemu Mikołajowi, Basia szybko porwała drugi i podała Aniołowi. Staś jeszcze sięgnął do puszki z ciastkami, które upiekli kilka dni wcześniej razem z mamą i podał na niską ławę ciasteczka. Kiedy Anioł z Mikołajem zagrzali się nieco, Anioł powiedział:

– Ten wstrętny Diabeł! Co roku to samo! Przeszkadza jak umie, miesza nam prezenty, wieje wiatrem w oczy.

– Znów jesteśmy spóźnieni  i w dodatku zgubiliśmy gdzieś prezenty dla was – dodał święty Mikołaj ze smutkiem.

Kiedy dzieci to usłyszały wyraźnie posmutniały. Buzia Franka ułożyła się w podkówkę, Basia zwiesiła główkę, w oczach Stasia zaświeciły się łezki rozczarowania.

– Nie szkodzi – powiedział Franio, ale w jego głosie nie było słychać przekonania.

– Przecież to nie prezenty są najważniejsze – dodał Staś próbując powstrzymać łzy.

Basia odwróciła główkę bez słowa.

Anioł powiedział, że nie zdążą rozwieźć prezentów do wszystkich dzieci, które tej nocy czekają na odwiedziny świętego Mikołaja.

– Przydaliby się nam pomocnicy – dodał.

Dzieci postanowiły więc, że one pomogą św. Mikołajowi i Aniołowi. Pobiegli po kurtki, czapki i rękawiczki, założyli buty i wsiedli do sań.

Renifery smagnięte batem świętego Mikołaja uniosły się w górę ciągnąc za sobą sanie wypełnione podarkami dla grzecznych i mniej grzecznych dzieci. Roziskrzone od mrozu niebo pełnie mrugających gwiazdek – zdawało się być na wyciągnięcie ręki. Renifery ciągnące sanie wypuszczały z pysków kłęby pary, która szybko stawała się mroźną i migoczącą mgiełką. Całe miasto pogrążone było we śnie, niemal wszędzie były zgaszone światła. Pod nimi przejechała jedna taksówka, gdzieś dalej z przystanku ruszył autobus nocny. Było cicho.

Święty Mikołaj przyleciał nad dom Julki i Antka i powiedział, że jest już zmęczony ciągłym schodzeniem i wchodzeniem do sań. Rzeczywiście, młody to on już nie był – o jego wieku świadczyła bowiem długa, siwa broda. Staś dziarsko zeskoczył więc z sań na dach domu, przytrzymał Basię, która poszła w jego ślady i pomógł zejść Frankowi, Anioł podał im prezenty, a dzieci zaniosły je do kuchni i położyły na stole.

Znów wsiedli do sań i udali się do kolejnych dzieci. Następnym przystankiem był balkon u Igora.

I kiedy Staś już miał wsunąć prezent przez uchylone drzwi pojawił się koło niego czarny, kudłaty i śmierdzący siarką Diabeł:

– Zobacz! Zobacz co tu jest! To świetna zabawka, prawdziwy Buzz Astral! Tobie ten stary dziad – Diabeł wskazał w tym miejscu na świętego Mikołaja siedzącego wygodnie w saniach – nie przyniósł żadnego prezentu. Weź sobie tę zabawkę.

Staś zawahał się. Wtedy Franek zdecydowanym ruchem położył prezent przeznaczony dla chłopca w pokoju, pociągnął brata za rękę i Diabeł wiedział, że przegrał.

Potem polecieli do Adeli. Basia chciała położyć prezent dla Adeli i jej siostry – różowe kucyki pony, ale przebiegły Diabeł zbliżył się do dziewczynki i powiedział:

– Takie ładne koniki, lubisz je? Ładne? A Tobie Mikołaj nie przyniósł prezentu. Weź sobie, weź.

Basia odepchnęła Diabła i szybko wrzuciła podarunki, ale potem jeszcze oglądała się za siebie.

U Wiktora Diabeł kusił Frania, namawiał go, by chłopiec wziął dla siebie samochodziki, ale i Franek dzielnie oparł się pokusie.

Tej nocy dzieci latały więc z Mikołajem nad całym miastem i odwiedzały potajemnie koleżanki, kolegów i nieznane im dzieci i zostawiały im podarunki. A za nimi leciał Diabeł i próbował ich złapać. Chciał też podkraść się do sań i ukraść choć kilka prezentów z wielkiego stosu, ale Basia palnęła go z całej siły pastorałem. Wszędzie podrzucali prezenty – zabawki, słodycze, ubrania, albo książeczki i gry.

Potem święty Mikołaj odwiózł saniami dzieci do domu, bardzo im podziękował za pomoc i powiedział, że musi lecieć jeszcze do innych miast i miasteczek, na szczęście część dzieci będzie oczekiwało na niego dopiero 24 grudnia, a niektóre 25 grudnia, więc spokojnie zdąży.

A Anioł powiedział, że zobaczy się z nimi w Wigilię. Mrugnął zawadiacko i machnął wielkimi skrzydłami.

Św. Mikołaj z Aniołem polecieli do Martynki i Tymka w Brzeźnicy. A potem jeszcze w stronę Bielska-Białej do Amelki i Maksia, Michała, Oliwki i wszystkich innych dzieci, nie zapomniał o Gabrysi i jej koleżankach i kolegach w Warszawie i wielu innych dzieciach na całym świecie.

Rano Staś, Basia i Franek znaleźli…. lalkę dzidziusia, grę planszową Toy Story oraz autka. Zgadnijcie od kogo?

A mama zdziwiła się widząc w kuchni na blacie otwarte pudełko z kakao, dwa brudne kubki i okruszki z ciastek na ławie.

– Ho ho, co tu się działo w nocy?

– Mamo, pomagaliśmy przez całą noc świętemu Mikołajowi!

 

Był u Was święty Mikołaj? Co przyniósł?

Czy może czekacie na jego odwiedziny w Wigilię?

U nas pod choinkę prezenty przynosi Aniołek, a św. Mikołaj w okolicach 6 grudnia.