Tag Archives: skrzat

Topienie Marzanny

żonkil

Naprawdę wszystkim wydawało się, że już nadeszła wiosna. Stopniał już cały śnieg, ptaki głośno cieszyły się w lesie z promieni słońca, bezlistne leszczyny kwitły „kotkami”, a dzieci biegały w lekkich, wiosennych kurteczkach.

Jednak pewnego wieczora Pani Zima postanowiła wrócić z całą swoją lodową armią. Wsiadła do swego bojowego rydwanu z chmury śnieżnej zaprzężonej w lodowaty wicher i pognała nad miasteczka, wsie i lasy. A za nią ciągnęła cała armia sypiąc obficie śniegiem.

Rankiem całe osiedle było zasypane śniegiem. Śnieg na chodnikach sięgał do połowy łydki, ścieżki w lesie poznikały pod jego grubą warstwą.

Po śniadaniu dzieci ubrały się znowu w swoje zimowe kombinezony, które mama chciała już wyprać i schować. Pobiegli do lasu.

– Stasiu, kiedy będzie wiosna? – spytała Basia.

Franek ulepił niewielką śnieżną kulkę i rzucił nią w siostrę.

Basia nie kryła złości i rzuciła się na Franka krzycząc:

– To nie było śmieszne, ty wstręciuchu! Ja się nie chciałam z tobą rzucać śniegiem!

– Wiośnie trzeba pomóc – odpowiedział Staś.

– Ale jak? – zapytały bliźniaki jednogłośnie przerywając swoje przepychanki.

– Poszukajmy śladów Wiosny – zaproponował Staś – może wtedy wpadniemy na jakiś pomysł.

Dzieci zapomniały na chwilę o swoich konfliktach (wierzcie mi – na chwilę) i ruszyły w stronę małej polany.

– Wiosno! Wiosno, gdzie jesteś? – zaczęły wołać, a echo cichutko im odpowiadało.

– Wiosno! Pokaż się Wiosno! – krzyczeli jeszcze głośniej.

– Co się tak rozdzieracie? – spytał ktoś skrzekliwie.

Basia wystraszyła się i schowała się za braćmi. Zobaczyli pod bezlistnym krzaczkiem jakąś pokurczoną, rozczochraną postać.

– Szukamy wiosny – odpowiedział Franek.

– Może ty wiesz, czy Wiosna nie potrzebuje naszej pomocy? – spytał Staś uprzejmie i dodał – my jesteśmy pomocni i dzielni!

– Właśnie widzę  -powiedziała postać z przekąsem

– Kim jesteś?

– Jestem skrzatem – pustelnikiem. Mieszkam sam. Mam na imię Mundek.

– O, jak pies pani Moniki – zauważyła Basia

– Phi, jaki tam pies!

– No buldog – szybko dodała dziewczynka.

– A więc szukacie Wiosny? – spytał Mundek- pustelnik ignorując ją.

– Tak! – chłopcy krzyknęli równocześnie.

– Oj, Wiosna nie przyjdzie, długo nie przyjdzie. Chyba, że…. – Mundek urwał i popatrzył na chłopców mrużąc oczy.

– Chyba, że co? Co? – dopytywali bracia niecierpliwie.

– Chyba, że utopicie jej sługę Marzannę!

Mundek odwrócił się na pięcie i czmychnął.

Dzieci próbowały go szukać, Basia wślizgnęła się na kolanach pod krzaczek, Franek rozgarniał śnieg, Staś metodycznie szukał śladów w śniegu, ale skrzata nie było.

W końcu wrócili do domu.

– Mamo, mamo, a kto to jest Marzanna?

Mama usiadła z dziećmi na sofie i zaczęła opowiadać o tradycji żegnania zimy, o topieniu Marzanny, która ją symbolizowała i o nadejściu wiosny.

Potem jeszcze opowiedziała im bajkę o Stasiu, który ramię w ramię z bohaterami Hero Factory walczył ze złoczyńcami, o Franku, który przygarnął kotka i o dziewczynce zamienionej w pieska.

Po południu dzieci znów poszły na spacer.

– Chcecie Wiosnę? – spytał Staś.

– Jasne! – z entuzjazmem krzyknęła Basia.

– Więc musimy poszukać Marzanny .

Dzieci udały się nad strumyk i poczekały, aż przylecą duszki promienne. Te słoneczne elfy też bardzo kochają Wiosnę. Kiedy duszki zobaczyły, że mają gości – zleciały się z cichutkim brzęczeniem.

– Szukamy Marzanny – powiedział Franio.

– Bo chcemy już sprowadzić Wiosnę – dodała Basia

– My też chcemy wiosnę – pisnęły radośnie Promyczki – pomożemy wam.

Duszki wiedziały, gdzie ukryła się służąca Zimy, ale same bały się z nią walczyć. Jednak wiedziały, że wraz z dziećmi są w stanie ją pokonać. Zaprowadziły więc swoich przyjaciół do jej kryjówki w gęstych wierzbach na zakręcie, tuż nad brzegiem strumyka.

Kiedy Marzanna usłyszała ich głosy – wyszła z ukrycia.

– Jesteście – westchnęła – no wiem, wiem… pora na topienie Marzanny. Przebiorę się tylko w mój kostium kąpielowy i idę…

Dzieciaki stanęły osłupiałe.

– Zdziwieni jesteście? – zapytała Marzanna – już wyjaśniam – to musiało nadejść. Wiosna musi nadejść. Co roku ktoś mnie topi, potem wracam i tak w kółko. Już nawet polubiłam tę tradycję – Marzanna uśmiechnęła się.

A potem z całym orszakiem odprowadzili Marzannę nad łagodne zejście do strumienia, gdzie lekko ją pchnęli, a ona zanurzyła się w lodowatej wodzie i odpłynęła.

Kilka dni później nadeszła Wiosna.



Shila, czyli jak skrzaty zza pianina sprowadziły do domu psa

Kiedy mama po raz pierwszy pomyślała o tym, że trzeba zacząć rozglądać się za nowym psem – domowe skrzaty mieszkające za pianinem szybko podchwyciły temat.

Mądralek powiedział:

– Teraz musimy działać. To nasza szansa na uratowanie jakiejś dobrej wróżki i ściągnięcie jej do nas. Wiecie przecież, jak domowe skrzaty potrzebują takiej wróżki! Tylko z jej obecnością pod wspólnym dachem wszystkie skrzaty są szczęśliwe.

– I rodzina, prawda? – zapytała jedna ze skrzatek.

– Tak, masz rację – rodzina chroniona czarami dobrej wróżki również.

I skrzaty domowe zabrały się za przygotowania. Posłały wiadomości do Klanu Dobrych Czarodziejek z zapytaniem o dobrą wróżkę dla ich rodziny. Odpowiedź długo nie nadchodziła. W oczekiwaniu na wieści skrzaty knuły jednak swoją intrygę – powyciągały z półek książki o psach, przełączały telewizor na reklamy z psami, sprytnie włączały na laptopie strony z psami. W jakiś czarodziejski sposób wpływały również na to, że mama z dziećmi spotykała dużo psów na spacerach – choć skrzatów domowych już przy tym nie było i nie bardzo można było zrzucić to na ich działania.

A działania te okazały się bardzo skuteczne. Mama z Basią podłapały temat. Ulubioną zabawą dziewczynki było bawienie się w pieski, a jej ulubione bajki to „Zakochany kundel”, „101 dalmatyńczyków”, „Clifforfd” i „Reksio”. Franek dla zachowania jednak pewnej równowagi zaczął mocniej sympatyzować z kotami. Tymczasem Staś interesował się Lego Ninjago i Spidermanem, ale cóż… mocna ofensywa skrzatów, oraz Basi i mamy robiły swoje. Wkrótce cała rodzina czekała już na psa. Rodzice podjęli decyzję o adopcji psa.

Klan Dobrych Czarodziejek dotarł do kilku malutkich i smutnych wróżek, które były uwięzione. Jedna z nich – Shila – była tam dość dobrze traktowana, ale nie miała nikogo do kochania i nikt też jej nie kochał. Zapomniała o wszystkich swoich mocach i czarodziejskich umiejętnościach.

shila w schronisku
Shila w schronisku – zdjęcie z forum dogomanii

Dobra Czarodziejka Marako, oraz jej pomocnice Grace Pełna Gracji i jej córka Honda, a także czarodziejka Tajga pomagały wróżce Shili odzyskać moce i umiejętności. Dobre Czarodziejki posłały do skrzatów posłańca.

– Hej Skrzaty domowe! – wykrzyknął posłaniec na powitanie – mam wieści z Klanu Dobrych Czarodziejek! Jest wróżka dla waszego domostwa. Jeszcze troszkę słaba i bez czarodziejskich mocy, ale Czarodziejki już z nią się bawią i wkrótce będzie mogła do was przyjechać. – opowiadał posłaniec – a jak sprawy tutaj? – zapytał.

– Decyzja podjęta. Tata i mama chcą adoptować psa i ciągle szukają. Mają jednego chłopaka na oku.

– O! którego? – zapytał posłaniec.

– Sznaucera o imieniu Bruner.

– Oj, niedobrze, niedobrze – posłaniec pokręcił głową – Bruner jest świetnym psem, ale niestety nie jest przeznaczony dla waszego domu. On dość lekko traktuje swoje czarodziejskie moce i mógłby któremuś z dzieci wyrządzić krzywdę. Musimy nad nim jeszcze popracować – powiedział posłaniec. A potem dodał:

– Spróbujcie trochę naprowadzić mamę i tatę na Shilę, bo ona jest wam właśnie przeznaczona.

Skrzaty podziękowały posłańcowi i znów wzięły się mocno do pracy.

Kiedy mama dowiedziała się, że Bruner nie będzie mógł zostać członkiem ich rodziny  – poszła kroić cebulę, by nikt nie pytał o łzy, które się pojawiły. Wkrótce jednak skrzaty w sprytny sposób pokazały jej Shilę. Mama nie miała pojęcia o działaniach skrzatów. Skontaktowała się z czarodziejką Marako w sprawie Shili.

A wróżka Shila pod czujnym i troskliwym okiem czarodziejki Marako z Klanu Dobrych Czarodziejek nabierała wprawy w dobrej magii, nabierała radości życia i pewności, rozkwitała.

Wkrótce rodzice wraz ze Stasiem, Basią i Frankiem mogli udać się do krainy Marako, by zabrać Shilę do siebie.

– Może polecimy latającym dywanem? – zaproponowała mama.

– Kochanie, myślę, że Shila może bać się lecieć dywanem. A jakby spadła? – zauważył tata.

– Masz rację. Wciąż jeszcze pamiętam, jak lataliśmy dywanem z Cerberem, ale on był nasz i nam ufał.

– Weźmy samochód.

I pojechali całą piątką do krainy Marako.

Czarodziejka Marako, wraz z Grace Pełną Gracji, Tajgą i Hondą, oraz Shilą przywitały ich bardzo serdecznie. I Marako z bólem, ale i satysfakcją   że znów spełniła swą misję przywracania dobrych wróżek rodzinom przekazała cudną, dobrą i łagodną wróżkę Shilę.

Kiedy w końcu wszyscy dojechali z powrotem do domu, domowe skrzaty wyszły  zza pianina i bardzo serdecznie przywitały nową wróżkę.

– Witaj piękna Shilo – zaczął uroczyście najstarszy ze skrzatów – cieszę się, że znalazłaś swój dom, swoich ludzi do kochania.

– Witam – odparła Shila – wybaczcie, czuję się jeszcze trochę niepewnie. To dla mnie zupełna nowość.

– Będzie ci tu dobrze, zobaczysz – dodała stara skrzatka i pogłaskała psiaka czule za uszkiem.

Ani rodzice, ani dzieci nie przypuszczali, że nowy psiak jest w istocie dobrą wróżką, która otoczy ich czarodziejską opieką.

Shila w domu
Shila w domu

 

Jestem przekonana, że opowieści o przygodach z udziałem Shili będą często się pojawiać.

Myślicie o piesku? My po odejściu Cerbera wiedzieliśmy, że w naszym domu znów pojawi się pies. Zdecydowałam się na adopcję psa w typie rasy sznaucer, bo mówi się, że „raz sznaucer – zawsze sznaucer” i coś tym jest! Szukając psa dla nas oglądałam też zwykłe kundelki i psy w  typach innych ras, które zawsze mi się podobały. No i śliczne, no i potrzebujące, ale jednak to przy sznaucerach widziałam w wyobraźni całą naszą rodzinę w lesie, na spacerze, albo tego psa u nas w mieszkaniu. I mocniej biło mi serce. Raz sznaucer – zawsze sznaucer!

Jeśli macie podobnie to polecam adopcję:


Adopcje Sznaucerów



Błotoludki – część trzecia: Ucieczka

Dzieciaki wbiegały po schodach, coraz wyżej i wyżej. Za nimi biegły uwolnione zwierzęta. Nie oglądali się za siebie, ale nikt ich nie gonił. Król Bagien i większość jego poddanych nie mieli pojęcia o ucieczce więźniów, a pokonane przez dzieci gnomy bały się pokazać władcy.

Kiedy byli już naprawdę wysoko i zdawało się, że droga na powierzchnię bagna dobiegać będzie końca – zmęczenie wspinaczką było już dla dzieci wyraźnie odczuwalne. Wtedy pojawiła się przed nimi zła czarownica – ta sama, która zamieniła dobrą wróżkę w glinianą figurkę, ta sama, którą dzieci zaplątały w włóczkę. Jej oczy błyszczały gniewem, pałała żądzą zemsty:

– O, mam was potworne dzieciaki! Myślicie, że można mnie złapać, upokorzyć, zmywać moje złe czary z dobrych wróżek, które opowiadają zwierzętom baśnie o elfach i leśnych wróżkach? – skrzeczała zbliżając się do dzieci z rozpostartymi szponami.

Basia krzyknęła:

– Ty wstrętna Bajajago! Nie uda ci się!

– Uciekacie od Króla Bagien, co? Ha ha ha prosto w moje ręce! Już ja wiem, co trzeba z wami zrobić – i nie będę się bawić w żadne czary – kontynuowała jędza.

W tym momencie chwyciła Basię z zamiarem wsadzenia jej do worka trzymanego w drugiej ręce. Basia wyprężyła się, zaczęła wić, jak węgorz i wbiła swoje ostre ząbki w suchą i żylastą rękę czarownicy. Ta zawyła z bólu i odruchowo rozluźniła uchwyt.  Staś z całej siły popchnął wiedźmę, Franek kopnął ją w goleń. Starucha nie poddawała się jednak i próbowała chwycić któreś z dzieci i schować do worka. Wtedy jednak nadbiegła wilczyca i rzuciła się na jędzę ze swoimi ostrymi zębami, dzik szarżował rozpędzony bodąc swymi szablami pod żebra, ryś wbił swe pazury i nawet jeleń przyłączył się do tej walki. Pokonana czarownica stoczyła się po schodach w głąb bagna.

Jednak hałas wywołany walką zaalarmował złego władcę bagien i postawił na nogi jego sługi – bagienne gnomy. Zaraz też rzucili się w pościg za uciekinierami.

Tymczasem rodzeństwo było już mocno zmęczone wspinaczką po stromych schodach, wystraszone po walce ze złą czarownicą. Ich tempo ucieczki wyraźnie spadało. A pogoń była coraz bliżej. Na szczęście zwierzęta po raz kolejny przyszły im z pomocą. Wilczyca wzięła Basię na swój grzbiet, Staś siadł na dzika, a Franio koniecznie chciał dosiąść rysia, jednak ten – choć naprawdę imponujących rozmiarów – nie dałby rady uciekać z chłopcem na grzbiecie. Chcąc nie chcąc Franek musiał skorzystać z pomocy jelenia.

Kiedy udało im się wydostać na powierzchnię bagna – wciąż musieli uciekać, bo bagno próbowało ich wciągać. Zwierzęta z trudem odnajdywały pewny grunt, pojedyncze kępy traw.  Okazało się jednak, że błotoludki pospieszyły im z pomocą i już od jakiegoś czasu budowały z błota i patyków solidniejszy pomost. Pomagała im przy tym dobra leśna wróżka. Uciekającym dzieciom i zwierzętom udało się w końcu dotrzeć do tego pomostu ratunkowego i przestały tonąć w bagnie.

Uratowani pobiegli do wioski błotoludków, pożegnali się z wilczycą, rysiem, jeleniem i dzikiem. Zwierzęta szczęśliwe, że nareszcie mogą zobaczyć drzewa i znajomy las pobiegły do swoich dawnych kryjówek i zarośli. Dzieci uklękły na ziemi, by pożegnać się z błotnymi skrzatami, a potem pobiegły do mamy:

– Mamo! Poznaliśmy błotoludki – krzyczeli zbliżając się do niej.

– Właśnie widzę – uśmiechnęła się mama na ich widok – wy sami wyglądacie jak błotoludki. Moje wy błotne skrzaty. Chodźmy na targ.

 

Część pierwsza: Błotoludki i leśna wróżka

Część druga: Błotoludki i Król Bagien



Skrzat

 

 

Padało. W listopadzie często pada, a odgłos spadających kropel na oknach dachowych był lubiany przez domowników. Ale listopadowy deszcz nie zawsze spadał z odgłosem – częściej po prostu bezszelestnie spływał po szybie. Tego dnia jakoś nikt nie miał ochoty na wyprawę do lasu, na skakanie po kałużach i strząsanie kropel z gałęzi na brata, czy siostrę. Trójka rodzeństwa szukała zajęcia w domu. Najstarszy Staś wypełniał zeszyt rzędami liter o długich pająkowatych „nogach”.

– Mamo! Patrz, jakie duże T! Ono jest naaaajwiększe! Widzisz?

Franek dosunął sobie krzesło, wspiął się, zdjął z półki pudełko z chusteczkami higienicznymi, usiadł z nim na podłodze. Wyciągał po jednej chusteczce z pudełka i darł ją na drobne płatki. W końcu wyglądał jak jakiś władca śniegu ze swoimi poddanymi.

Basia, siostra-bliźniaczka Franka  śpiewała sobie pod nosem i tanecznym krokiem poruszała się po całym mieszkaniu. W pewnym momencie podeszła do Stasia i z szelmowskim uśmiechem wyrwała mu ołówek z ręki. Z okrzykiem zaczęła uciekać przed bratem. Franek zobaczył błysk w spojrzeniu siostry i ruszył za rodzeństwem w pogoń. Cała trójka wydawała z siebie bojowe okrzyki lub piski entuzjazmu. Basia wpadła do sypialni chłopców, wskoczyła na łóżko Franka, zaraz za nią wleciał Staś. Franek starannie zamknął za sobą drzwi. Dzieci usiadły na łóżku i zapomniały o porwaniu i próbie odbicia ołówka. Najważniejsza była pogoń. Plan Basi się powiódł – miała braci tylko dla siebie.

Dzieci siedziały cichutko nie wiedząc jeszcze, co tym razem będą robić. W tym momencie spod zwalonej przed południem sterty pluszaków wygrzebał się skrzat. Dzieci siedziały nieporuszone i spoglądały na siebie. Basia uśmiechnęła się do chłopców triumfalnie – „Ha! Przygoda! Koniec nudy!” – mówiło jej spojrzenie.

– Czy możemy ci jakoś pomóc? – zapytał Staś grzecznie podchodząc bliżej.

Skrzat podskoczył w miejscu na wysokość głowy stojącego dziecka i zaraz dał nura w zabawki.

– Chyba go wystraszyłeś – szepnęła z przejęciem Basia patrząc na skrzata, który próbował schować się za misiem pandą.

– Wystraszył się pan? – zapytał Franek pochylając się nad niecodziennym gościem.

– Ojoj…. No trudno. Widzicie mnie? No trudno. Już od dawna nikt z ludzi mnie nie widział, dobrze się ukrywałem, ale dziś, ach dziś… a to pech…. – odpowiedział skrzat odwracając się do dzieci.

– Mam na imię Staś, mam 4 lata, a to moje rodzeństwo.

– Jestem Basia.

– Jestem Franek.

– Jestem Tittellitury – odpowiedział skrzat.

-Jak????? – chórem zapytały dzieci.  Staś spróbował wymówić imię gościa.

– Dla Was mogę być Titek – zaproponował skrzat – zgubiłem tęczową kulę, o gdzieś tu mi wpadła i nie mogę jej znaleźć – wskazał stos pluszaków.

– Pomogę Ci szukać! – Basia klasnęła w dłonie.

Franek popatrzył na siostrę i szybko poszedł w jej ślady. Jeszcze udałoby się jej szybciej niż jemu, o nie!

Dzieci w potrójnym swym zapale szybko poukładały zabawki na półkach. Niestety pod stertą kulki nie było. Skrzat usiadł wyraźnie przygnębiony.

– A do czego służy ta kulka? – spytał Staś

– To moja tęczowa kuleczka dzięki której jestem niewidzialny po tej stronie. Jest bardzo potrzebna naszej królowej. Nasze królestwo jest w niebezpieczeństwie! Zagrażają nam mrówki.

– mrówki? Ja nie lubię mrówek – przerwała  Basia wydymając usteczka.

– A czarne, czy czerwone? – spytał dociekliwie Staś

– Ale jak ta kuleczka wam pomoże? – dopytywał Franek

– Jestem Nadwornym Strażnikiem i pilnuję tej kuleczki. Kiedy nasza królowa bierze ją w ręce i zaczyna śpiewać – mrówki uciekają. Bez niej – jesteśmy bezradni. Każdy skrzat ma prawo ją wziąć udając się do waszego świata, po to by być niewidzialnym, a skrzaty często was odwiedzają.

– O, naprawdę? – zdziwił się Staś –a po co?

– Po różne rzeczy – odpowiedział Titek – najczęściej przynoszą pozostawione okruszki, trochę soli, pojedyncze owoce. Ale czasem, kiedy zostawiacie bałagan – bierzemy nieposprzątane zabawki, albo kredki, czy rozrzucone skarpetki.

Dzieci otworzyły szerzej oczy ze zdziwienia, a w oczach Stasia pojawił się błysk, kiedy przypomniał sobie bezskuteczne próby odnalezienia różnych rzeczy. Mama nieraz prosiła o posprzątanie mówiąc, że skrzaty pozabierają rozrzucone zabawki, sądząc, że są pozostawione specjalnie dla nich – jak to kiedyś ludzie mieli w zwyczaju, gdy jeszcze wierzyli w domowe skrzaty.

– Znalazłem! teraz mogę wrócić do domu! Królowa pewnie się martwi – dzieci usłyszały głos Titka, choć wcale nie było go widać.

Nagle skrzat pojawił się znowu. Okazało się, że znalazł swój magiczny artefakt.

– Bardzo Wam dziękuję. Chciałbym się Wam odwdzięczyć za pomoc. Poczekacie chwilę?

Rodzeństwo skinęło ochoczo. Skrzat ponownie chwycił kuleczkę. Kiedy stał się niewidzialny pobiegł w stronę biblioteczki, wspiął się na drugą półkę i wszedł między książki. To była droga do krainy skrzatów domowych.  Pobiegł do swojego domku, ze spiżarni wziął 3 marcepany, schował swą kulkę do mieszka , by dzieci mogły go widzieć, spakował coś jeszcze i wrócił do nich.

– Proszę, oto nagroda dla was – Titek uśmiechnął się podając dzieciom słodkie dowody wdzięczności.

– O nie! Tylko trzy? – zdziwił się Franek – przecież Ty nie masz żadnego! Proszę! – powiedział odłamując kawałek i podając skrzatowi.

Zaraz to samo zrobiła Basia. Staś nie miał już z czego odłamać, więc z westchnieniem oddał ostatni kęs. Titek był wyraźnie wzruszony.

– Jesteście niesamowici! Chodźcie za mną! – powiedział skrzat i każdego musnął w nos specjalnym pędzelkiem.

Dzieci zrobiły się tak maleńkie, jak ich nowy znajomy. Ruszyły za nim w stronę regału na książki.

– Ojej! Opowieści o elfach – ta książka jest taka wielka! Ale fajnie! – krzyknęła Basia z entuzjazmem! – patrzcie chłopaki!

– I Koziołek Matołek też wielki! – śmiał się Franek

Dzieci ruszyły za Titkiem w stronę maleńkich drzwiczek ukrytych między książkami. Skrzat zaprowadził ich do królowej tego dziwnego królestwa ukrytego za szafą w pokoju chłopców. Przedstawił dzieci władczyni i w krótkich słowach opisał ich zachowanie.

Dzieci rozglądały się z zaciekawieniem po pięknym pałacu, odnajdując w niektórych miejscach swe zagubione dawno temu przedmioty – z różowego guzika zrobiony był jeden z bocznych żyrandoli, z samochodziku, który zaginął wiele miesięcy wcześniej – skrzaty zrobiły piękny powóz.  Staś zobaczył również swoją rękawiczkę, której bezskutecznie szukał poprzedniej zimy.

Królowa skrzatów wysłuchała relacji Titka, następnie przywołała dzieci do siebie skinieniem dłoni.

– Dziękuję wam za pomoc i za waszą postawę. Już dawno nikt z moich poddanych nie był widziany przez ludzi, ponieważ było to dla nas bardzo niebezpieczne. Cieszę się, że to właśnie wy jesteście naszymi sąsiadami, bo wiem, że nie tylko nie stanowicie zagrożenia, ale też można liczyć na waszą pomoc i dobre serduszka.

Dzieci spojrzały po sobie. W oczach Basi widać było dumę, Franio był zakłopotany pochwałami, a Staś radosny i podekscytowany.

– Dlatego chciałabym okazać wam swą wdzięczność.  – kontynuowała królowa – Bądźcie pewni, że możecie liczyć na moich poddanych. Przyjmijcie te skromne podarunki – królowa skrzatów przywołała gestem dworzan, którzy na aksamitnych poduszeczkach przynieśli każdemu z dzieci po kamieniu szlachetnym.

Basia wybrała różowy rubin, Franio oczywiście szmaragd, a Staś szafir.

Kiedy dzieci wróciły do swojego pokoju Titek ponownie musnął ich nosy pędzelkiem i dzieci znów były naturalnej wielkości. Pożegnały się ze skrzatem i pobiegły do mamy, by pokazać jej drogocenne kamienie. Teraz okazało się, że były naprawdę malutkie. Ale i tak przepięknie mieniły się w promieniach słońca, które akurat wyszło zza chmur.