Tag Archives: spacer

Listopad

Dzieci ponownie wybrały się do lasu. Dlaczego tak często tam chodzą? Czy to dlatego, że mają blisko, dosłownie tuż za ogrodzeniem? Czy dlatego, że to najkrótsza droga prowadząca do przedszkola? Może dlatego, że w lesie Shila – ich dobra wróżka czuła się tak swobodnie i nie musiała ciągle udawać, że jest zwykłym psem ze schroniska.  I pewnie też dlatego, że las ten, podobnie jak każdy las, pełen był niezwykłych istot i baśni.

Dzieci szły szeroką ścieżką wzdłuż strumienia. Nie zauważyły wiewiórki, która przeskoczyła z gałęzi na gałąź nad ich głowami. Spoglądali w dół. Basia trzymała długi patyk i rysowała nim po ziemi, Franek rozglądał się za podobnym (a najlepiej dokładnie takim samym). Przeszli śmiało przez niewielki mostek nie zbaczając ze ścieżki w zarośla. Ścieżka wiła się, wiele razy skręcała, ale dzieci znały ją już na pamięć, wiedziały, że będą musieli ominąć potężny dąb, po którym wspina się winorośl, że kawałek dalej na ścieżkę próbują wedrzeć się maliny – oj, w lipcu przejście robi się naprawdę wąskie, ale teraz maliny gotowały się już do odwrotu. Na końcu niedługiej prostej, po lewej stronie rosła nieduża leszczyna. Staś spostrzegł pod nią jakiegoś mężczyznę i dyskretnie wskazał go rodzeństwu. Obserwowali go z daleka nie chcąc podejść zbyt blisko.

Dzieciom trudno było oszacować jego wiek, jednak powiem Wam, że nie był to starzec, nie był też młodzieńcem. Był krzepki, miał rudawą brodę i bystre spojrzenie. W ręce trzymał drewniane grabie. Co chwilę podnosił je do góry i grabił nimi gałęzie drzew, zrzucając przy tym liście, które z cichym szelestem spadały na ziemię.

Mężczyzna również zauważył dzieci. Przerwał swe dziwne zajęcie i uśmiechnął się do nich przyjaźnie.

Shila podeszła do niego, obwąchała go i zamerdała wesoło ogonkiem. Staś próbował przywołać ją, ale wróżka radośnie pobiegła w krzaki nie zwracając na chłopca uwagi. Basia wiedziała, że wróci stamtąd z sierścią pełną nasion traw, które będzie musiała delikatnie i cierpliwie z niej powyciągać.

– Hej dzieciaki – zaczął mężczyzna przyjaźnie – jestem Listopad. Pomagam spadać liściom przed zimą.

– Ha, ciekawe – prychnął Staś udając lekceważenie, choć temat go zaintrygował – a po co?

– Zrobię z nich kołdrę – powiedział Listopad wesoło.

– Kołdrę? Dla kogo? – zapytała Basia

– Dla trawy, dla ślimaków i jaszczurek, dla paproci, bylin i zarośli. Niedługo spadnie śnieg i wszystko to musi mieć ciepłą kołderkę na zimę.

Dzieci zdziwiły się trochę. Nie miały pojęcia o kołderkach z liści, ale tłumaczenie Listopada wydawało się logiczne,

– A drzewa? Im nie będzie zimno bez liści? – spytał Franek.

– Troszkę będzie – powiedział Listopad – ale większość z nich woli przykryć swoje stopy – czyli korzenie. I zasnąć w zimie i śnić o nowych sukienkach. O, tamta brzoza nie chciałaby chodzić drugi raz w tych samych liściach, w potarganych wiatrem, poplamionych, brązowych, ona kocha nowe seledynowe sukienki! I każdej wiosny zakłada nową.

Brzoza w odpowiedzi zaszumiała lekko.

– A co będzie z tą kołderką na wiosnę?

– Tym to się już Marzec zajmie – odparł Listopad.

Dzieci przyglądały się chwilę jego pracy, a potem Staś chwycił jakiś patyk, Basia podniosła swój, a Franek swój i każde z nich przez resztę drogi strącało zeschnięte liście z gałęzi, do których mogli dosięgnąć. A kołderka pod ich nogami robiła się coraz bardziej mięciutka  i puchata.

 

Basia
Basia zrzuca liście


Błotoludki – część pierwsza: Leśna wróżka

Dzieci towarzyszyły mamie w drodze na targ. Można było przejść przez osiedle domków jednorodzinnych, ale mama lubiła drogę przez las. Mówiła, że tam odpoczywa, a las jest dla niej inspiracją. Nie przeszkadzało jej, że aby wejść do lasu musieli pokonać króciutki bardzo błotnisty odcinek. Skoro jej to nie przeszkadzało to i dzieciom szybko przestało. Mama właśnie nachylała się nad jakimś głogiem i robiła makro zdjęcia (wiecie, takie na dużym zbliżeniu) jego owocom, a może tej pajęczynie rozwieszonej między gałązkami i pokrytej drobniutkimi kropelkami po siąpiącym kapuśniaczku, kiedy Basia kucnęła i wskazała coś palcem, pytając Stasia co to. Staś nachylił się również i zobaczył małego człowieczka, tak małego jak palec dziecka. Ludzik był pokryty od stóp do głów błotem, na głowie miał czapeczkę wyglądającą, jakby była zrobiona z suchego liścia również pokrytego błotem.

– O! a tutaj jeszcze jeden – chłopiec zauważył kolejnego.

– I tutaj Stasiu, ich jest mnóstwo – pisnęła dziewczynka.

– Jesteśmy błotoludki – ukłoniły się skrzaty  – tutaj jest nasza wioska.

Do rodzeństwa dołączył Franio.

– Gdzie są wasze domki? – spytała dociekliwie Basia, a wtedy Franio wskazał siostrze chatki przypominające lepianki. W pierwszej chwili były one niewidoczne, ale kiedy ktoś uważniej się przyjrzał rzeczywiście można było je dostrzec.

– A czym się zajmujecie? – spytał Staś.

– Najczęściej to pomagamy wróżkom – powiedział jeden z błotnych skrzatów.

– Robimy dla nich talerzyki, miseczki i dzbanuszki z gliny na ich mikstury – uzupełnił drugi.

– I lubimy słuchać bajek opowiadanych przez wróżki – dodał kolejny.

– A czasami… – zaczął jeden z nich, wyglądający na figlarza.

– Ciii, nie mów! Nie mów im tego! – krzyknęli pozostali.

– … brudzimy ludziom dla żartów buty, spodnie, pieskom brudzimy łapki i brzuszki, oblepiamy koła rowerów i wózków  – skończył, zaśmiał się radośnie i fiknął w powietrzu koziołka.

– Moglibyśmy z wami porobić takie kawały? – spytał Franio.

Błotoludki zawahały się, ale w końcu wyraziły zgodę. Jeden ze skrzatów podał dzieciom eliksir zapewniając, że dzięki niemu dzieci staną się tak malutkie, jak błotoludki.

Kiedy rodzeństwo po kolei według starszeństwa wypiło eliksir, błotoludki oprowadziły je po swojej wiosce. Następnie dzieci wraz z kilkoma figlarnymi skrzatami błotnymi wybrudziły już buty jednemu panu, który szedł z pieskiem na spacer do lasu, i wtedy okazało się, że kilka skrzatów wybiera się w odwiedziny do wróżki Uli. Potrzebowała ona dostawy glinianych naczyń.  Nikt jednak nie wiedział, że Leśną Babcię odwiedziła zła czarownica, której w końcu udało się rzucić zaklęcie na dobrą wróżkę.

Dzieci i błotoludki dotarły do chatki Uli Leśnej-Babci i zobaczyły ją zmienioną w glinianą figurkę.

– Ojej, co się stało?  – wystraszył się Franio.

Kiedy wszyscy podeszli do figurki Uli Leśnej-Babci, żeby przyjrzeć się uważnie, do izby wpadła zła czarownica. Zaśmiała się i próbowała złapać dzieci (błotoludkami nie przejmowała się wcale, biorąc je za zwykłe grudki błota przyniesione przez dzieci na butach).

– Zamieniłam ją w glinianą figurę, pokonałam ją nareszcie, nie będzie już opowiadać bajek! – śmiała się jędza – i was też zaczaruję.

Wyciągnęła sękatą gałąź (Staś przypuszczał, że była to jej różdżka) i zaczęła mamrotać zaklęcie. Wtedy Staś z Frankiem i Basią rozciągnęli cienką włóczkę i przywiązując ją do licznych sprzętów –utworzyli rodzaj prostej pułapki. Schowali się pod stołem, a czarownica rzuciła się za nimi w pościg, zaplątała się w sieć i wyciągnęła jak długa na sosnowej podłodze. W tym samym momencie z jej torby wyleciała jakaś księga.

Zanim starucha zdołała się podnieść – Staś porwał książkę i wybiegł z domku, a za nim wybiegły bliźniaki i błotne skrzaty.

– To na pewno nie jest książka z bajkami, takie jędze nie czytają dzieciom bajek – zauważyła Basia.

Staś kartkował księgę i czytał na głos tytuły rozdziałów. Trafił wreszcie na zaklęcie dotyczące zamieniania w gliniane figurki:

– „Jedynie woda z czystego strumienia płynącego przez sosnowy las może zmyć czar” – przeczytał na głos.

Basia weszła do chatki po gliniany dzbanek i ucieszyła się widząc czarownicę zaplątaną w przygotowaną pułapkę. Następnie wraz z braćmi ruszyła na poszukiwanie strumienia, a tymczasem błotoludki wróciły do chatki i pilnowały czarownicy, która zaplątawszy się w sieci z włóczki nie mogła się wydostać. Dodatkowo błotoludki oblepiły jej włosy, płaszcz i kapelusz błotem.

Dzieci nie musiały iść daleko, bo właśnie nieopodal płynął strumyk, a nad nim rosły jakieś drzewa.

– To pewnie sosny – powiedział Staś – bo tam dalej jest blok, który nazywa się „Apartamenty pod sosnami”, widziałem napis ostatnio – chłopiec wskazał najbliższe zabudowania.

I rzeczywiście, to były sosny. Dzieci nabrały wodę do glinianego dzbanka pobiegły z powrotem. Kiedy oblały dobrą wróżkę wodą ze strumienia – czar prysł. Ula była im bardzo wdzięczna, wyjęła małe fajansowe talerzyki, ukroiła po kawałku ciasta i poczęstowała nimi całą trójkę, oraz błotoludki. Kiedy wszyscy zajadali deser i słuchali niezwykłych opowieści leśnej czarodziejki – zła wiedźma wydostała się z pułapki i udało jej się uciec.

Dzieci wróciły z błotoludkami do ich wioski. Na ich powitanie wybiegły inne błotne skrzaty – zapłakane i przerażone.

–  Król Bagien znów wysłał swoje bagienne gnomy po daninę – płakały skrzaty.

– Porwali nawet troje naszych dzieci! – załamywały ręce.

 

Część druga: Błotoludki i Król Bagien

Część trzecia: Ucieczka