Tag Archives: wiedźma

Baśń o sikorce

Mama powiesiła na balkonie słoninkę, a tata zbił karmnik. Od tego czasu codziennym gościem stała się mała sikorka. Dzieci przez szybę obserwowały, jak nadlatuje, a kiedy z entuzjazmem wzajemnie ją sobie pokazywały – spłoszona sikoreczka z furkotem odlatywała. W końcu jednak i ona przyzwyczaiła się i spokojnie dziobała słoninkę raz po raz spoglądając na dzieci przyglądające się jej przez szybę.

Pewnego razu dzieci wyszły na zaśnieżony balkon i zaczęły rozmawiać z sikorką. Sikorka opowiedziała im swoją smutną historię. Chcecie i wy ją poznać?

Jestem sikorką – zaklętą księżniczką. Przedtem mieszkałam w pałacu, miałam mnóstwo służby na każde moje skinienie, wszyscy spełniali każde moje życzenie. I to od razu. Widzę, że wy macie siebie, ja byłam jedynaczką. Chyba troszkę rozpieszczoną.

Pewnego dnia urodził mi się braciszek. Malutki i rozwrzeszczany. Od tego dnia wszystko się zmieniło – ciotki, służba i rodzice zajmowali się tyko tym potwornym niemowlakiem. Ciągle słyszałam, że mam bawić się ciszej, bo mały właśnie zasnął, że mam się odsunąć, nikt też nie spełniał już moich kaprysów. Jedynie moja dobra niania, która czytała mi bajki. Miałam dość. Wypowiedziałam życzenie, by mój braciszek zamienił się w ptaszka i by odleciał na zawsze.

A była to Zła Godzina do wypowiadania takich życzeń. Moje życzenie spełniło się i mały królewicz rzeczywiście zamienił się w sikorkę i odfrunął. Ucieszyłam się bardzo, myślałam, że wszyscy znów zajmą się mną, że wszystko będzie jak dawniej. Potem jednak… czy uwierzycie, że zrobiło mi się smutno? Smutno i bardzo wstyd.

Król, królowa, dworzanie i straż – wszyscy szukali małego królewicza. Jedynie stara piastunka, która potrafiła czytać w mojej duszy wiedziała, co się stało. Tymczasem mój braciszek odfrunął daleko od zamku, ale po pewnym czasie wrócił do zamkowego ogrodu. Przylatywał do mnie, a ja go karmiłam, płakałam i przepraszałam. Obiecywałam, że już będę go kochać i bardzo chciałam móc cofnąć swoje życzenie, pragnęłam, by wróciła mu jego prawdziwa postać.

Moja piastunka, która tak bardzo mnie kochała widziała mój ból. Udała się więc do miejscowej wiedźmy, która znała wszelkie czary. Niania wyprosiła u niej czar, który pozwoliłby przywrócić królewiczowi prawdziwy wygląd. Nie wiedziała jednak, jak złośliwy był to czar. Dała go mi, a kiedy ja wypowiedziałam zaklęcie – mój zaklęty braciszek znów stał się małym chłopcem! Hurra! Ale niestety ja zamieniłam się w ptaszka.

Teraz wszyscy w zamku cieszyli się z powrotu małego królewicza, ale szukali zaginionej królewny. Widziałam, jak wielkie zmartwienie z powodu mojego zniknięcia ogarnęło moich rodziców, ciocie i wszystkich w zamku. Moja piastunka została wygnana przez króla, ponieważ miałam znajdować się pod jej opieką. A ona nie mogła sobie wybaczyć, że sprowadziła na mnie ten zły czar i ponownie udała się do wiedźmy. Prosiła ją, by zdjęła ze mnie zaklęcie, ale wiedźma tylko śmiała się złośliwie. W końcu jednak powiedziała, że po 7 latach czar sam pryśnie. Jeśli jednak spotkam rodzeństwo, które się kocha, to czar ten zostanie skrócony jedynie do roku.

Wtedy Staś powiedział, że on bardzo kocha swoje rodzeństwo. Basia dodała, że czasem może i kłóci się z braćmi, ale przecież to fajne w sumie – i uśmiechnęła się zawadiacko. Franek powiedział, że nie lubi, kiedy Basia zabiera mu zabawki

– Ty też mi zabierasz – odparła dziewczynka.

– Nieprawda, ja pożyczam!

I zaczęli się przekomarzać. Sikorka śmiała się serdecznie.

– Czasem jesteś niedobra, ale nigdy nie zamieniłbym cię w sikorkę – powiedział Franek w pewnym momencie – bardzo cię kocham siostrzyczko.

Wtedy właśnie czar prysł, bo oto mijał rok od przemienienia królewny w ptaszka, i zamiast sikorki stała przed nimi śliczna dziewczynka troszkę starsza od Stasia.

– Ojej! Odzyskałam moją dawną postać – ucieszyła się królewna – o rany! Żeby tylko mój kochany braciszek nie stał się znów ptaszkiem – wystraszyła się.

Chciała już lecieć do swojego zamku, zobaczyć, co z braciszkiem, ale nie miała skrzydeł. Wtedy Staś i bliźniaki pobiegli do domu i wrócili z latającym dywanem.

Mama widząc, że zabierają latający dywan zapytała:

– Gdzie wy znów bierzecie ten dywan?

– Lecimy z królewną do jej królestwa, to sikorka była! – odparła Basia.

– Ale już jest królewną, martwi się o braciszka – uzupełnił Staś.

– Acha, no to lećcie, ale wrócicie niedługo, bo paskudna pogoda.

– Nie martw się mamo, wylecimy ponad chmury, tam gdzie świeci słońce – odparł Staś i odlecieli.

Królewna była zachwycona lotem:

– Och, to zupełnie inaczej, niż latają ptaki! Świetny ten wasz dywan!

Kiedy dolecieli do królestwa, król i królowa nie mogli ukryć wzruszenia z powodu odzyskania ukochanej córeczki, rozkazali urządzić wspaniałą fetę z tej okazji. Królewna opowiedziała wszystko dokładnie, bo jej mały braciszek jeszcze nie potrafił wyraźnie mówić. Wtedy król rozkazał odnaleźć nianię i wynagrodzić ją za miłość i oddanie, które miała dla królewny.

Dzieci wróciły do domu. A królewna z królewiczem wiedli szczęśliwe życie na królewskim dworze. Wszyscy byli zdumieni, że z tak egoistycznej i rozpieszczonej dziewczynki zmieniła się w czułą, kochającą i cierpliwą dla młodszego brata. Każdy z radością patrzył, jak razem się bawią. A piastunka obojgu czytała baśnie.



Błotoludki – część trzecia: Ucieczka

Dzieciaki wbiegały po schodach, coraz wyżej i wyżej. Za nimi biegły uwolnione zwierzęta. Nie oglądali się za siebie, ale nikt ich nie gonił. Król Bagien i większość jego poddanych nie mieli pojęcia o ucieczce więźniów, a pokonane przez dzieci gnomy bały się pokazać władcy.

Kiedy byli już naprawdę wysoko i zdawało się, że droga na powierzchnię bagna dobiegać będzie końca – zmęczenie wspinaczką było już dla dzieci wyraźnie odczuwalne. Wtedy pojawiła się przed nimi zła czarownica – ta sama, która zamieniła dobrą wróżkę w glinianą figurkę, ta sama, którą dzieci zaplątały w włóczkę. Jej oczy błyszczały gniewem, pałała żądzą zemsty:

– O, mam was potworne dzieciaki! Myślicie, że można mnie złapać, upokorzyć, zmywać moje złe czary z dobrych wróżek, które opowiadają zwierzętom baśnie o elfach i leśnych wróżkach? – skrzeczała zbliżając się do dzieci z rozpostartymi szponami.

Basia krzyknęła:

– Ty wstrętna Bajajago! Nie uda ci się!

– Uciekacie od Króla Bagien, co? Ha ha ha prosto w moje ręce! Już ja wiem, co trzeba z wami zrobić – i nie będę się bawić w żadne czary – kontynuowała jędza.

W tym momencie chwyciła Basię z zamiarem wsadzenia jej do worka trzymanego w drugiej ręce. Basia wyprężyła się, zaczęła wić, jak węgorz i wbiła swoje ostre ząbki w suchą i żylastą rękę czarownicy. Ta zawyła z bólu i odruchowo rozluźniła uchwyt.  Staś z całej siły popchnął wiedźmę, Franek kopnął ją w goleń. Starucha nie poddawała się jednak i próbowała chwycić któreś z dzieci i schować do worka. Wtedy jednak nadbiegła wilczyca i rzuciła się na jędzę ze swoimi ostrymi zębami, dzik szarżował rozpędzony bodąc swymi szablami pod żebra, ryś wbił swe pazury i nawet jeleń przyłączył się do tej walki. Pokonana czarownica stoczyła się po schodach w głąb bagna.

Jednak hałas wywołany walką zaalarmował złego władcę bagien i postawił na nogi jego sługi – bagienne gnomy. Zaraz też rzucili się w pościg za uciekinierami.

Tymczasem rodzeństwo było już mocno zmęczone wspinaczką po stromych schodach, wystraszone po walce ze złą czarownicą. Ich tempo ucieczki wyraźnie spadało. A pogoń była coraz bliżej. Na szczęście zwierzęta po raz kolejny przyszły im z pomocą. Wilczyca wzięła Basię na swój grzbiet, Staś siadł na dzika, a Franio koniecznie chciał dosiąść rysia, jednak ten – choć naprawdę imponujących rozmiarów – nie dałby rady uciekać z chłopcem na grzbiecie. Chcąc nie chcąc Franek musiał skorzystać z pomocy jelenia.

Kiedy udało im się wydostać na powierzchnię bagna – wciąż musieli uciekać, bo bagno próbowało ich wciągać. Zwierzęta z trudem odnajdywały pewny grunt, pojedyncze kępy traw.  Okazało się jednak, że błotoludki pospieszyły im z pomocą i już od jakiegoś czasu budowały z błota i patyków solidniejszy pomost. Pomagała im przy tym dobra leśna wróżka. Uciekającym dzieciom i zwierzętom udało się w końcu dotrzeć do tego pomostu ratunkowego i przestały tonąć w bagnie.

Uratowani pobiegli do wioski błotoludków, pożegnali się z wilczycą, rysiem, jeleniem i dzikiem. Zwierzęta szczęśliwe, że nareszcie mogą zobaczyć drzewa i znajomy las pobiegły do swoich dawnych kryjówek i zarośli. Dzieci uklękły na ziemi, by pożegnać się z błotnymi skrzatami, a potem pobiegły do mamy:

– Mamo! Poznaliśmy błotoludki – krzyczeli zbliżając się do niej.

– Właśnie widzę – uśmiechnęła się mama na ich widok – wy sami wyglądacie jak błotoludki. Moje wy błotne skrzaty. Chodźmy na targ.

 

Część pierwsza: Błotoludki i leśna wróżka

Część druga: Błotoludki i Król Bagien



Błotoludki – część pierwsza: Leśna wróżka

Dzieci towarzyszyły mamie w drodze na targ. Można było przejść przez osiedle domków jednorodzinnych, ale mama lubiła drogę przez las. Mówiła, że tam odpoczywa, a las jest dla niej inspiracją. Nie przeszkadzało jej, że aby wejść do lasu musieli pokonać króciutki bardzo błotnisty odcinek. Skoro jej to nie przeszkadzało to i dzieciom szybko przestało. Mama właśnie nachylała się nad jakimś głogiem i robiła makro zdjęcia (wiecie, takie na dużym zbliżeniu) jego owocom, a może tej pajęczynie rozwieszonej między gałązkami i pokrytej drobniutkimi kropelkami po siąpiącym kapuśniaczku, kiedy Basia kucnęła i wskazała coś palcem, pytając Stasia co to. Staś nachylił się również i zobaczył małego człowieczka, tak małego jak palec dziecka. Ludzik był pokryty od stóp do głów błotem, na głowie miał czapeczkę wyglądającą, jakby była zrobiona z suchego liścia również pokrytego błotem.

– O! a tutaj jeszcze jeden – chłopiec zauważył kolejnego.

– I tutaj Stasiu, ich jest mnóstwo – pisnęła dziewczynka.

– Jesteśmy błotoludki – ukłoniły się skrzaty  – tutaj jest nasza wioska.

Do rodzeństwa dołączył Franio.

– Gdzie są wasze domki? – spytała dociekliwie Basia, a wtedy Franio wskazał siostrze chatki przypominające lepianki. W pierwszej chwili były one niewidoczne, ale kiedy ktoś uważniej się przyjrzał rzeczywiście można było je dostrzec.

– A czym się zajmujecie? – spytał Staś.

– Najczęściej to pomagamy wróżkom – powiedział jeden z błotnych skrzatów.

– Robimy dla nich talerzyki, miseczki i dzbanuszki z gliny na ich mikstury – uzupełnił drugi.

– I lubimy słuchać bajek opowiadanych przez wróżki – dodał kolejny.

– A czasami… – zaczął jeden z nich, wyglądający na figlarza.

– Ciii, nie mów! Nie mów im tego! – krzyknęli pozostali.

– … brudzimy ludziom dla żartów buty, spodnie, pieskom brudzimy łapki i brzuszki, oblepiamy koła rowerów i wózków  – skończył, zaśmiał się radośnie i fiknął w powietrzu koziołka.

– Moglibyśmy z wami porobić takie kawały? – spytał Franio.

Błotoludki zawahały się, ale w końcu wyraziły zgodę. Jeden ze skrzatów podał dzieciom eliksir zapewniając, że dzięki niemu dzieci staną się tak malutkie, jak błotoludki.

Kiedy rodzeństwo po kolei według starszeństwa wypiło eliksir, błotoludki oprowadziły je po swojej wiosce. Następnie dzieci wraz z kilkoma figlarnymi skrzatami błotnymi wybrudziły już buty jednemu panu, który szedł z pieskiem na spacer do lasu, i wtedy okazało się, że kilka skrzatów wybiera się w odwiedziny do wróżki Uli. Potrzebowała ona dostawy glinianych naczyń.  Nikt jednak nie wiedział, że Leśną Babcię odwiedziła zła czarownica, której w końcu udało się rzucić zaklęcie na dobrą wróżkę.

Dzieci i błotoludki dotarły do chatki Uli Leśnej-Babci i zobaczyły ją zmienioną w glinianą figurkę.

– Ojej, co się stało?  – wystraszył się Franio.

Kiedy wszyscy podeszli do figurki Uli Leśnej-Babci, żeby przyjrzeć się uważnie, do izby wpadła zła czarownica. Zaśmiała się i próbowała złapać dzieci (błotoludkami nie przejmowała się wcale, biorąc je za zwykłe grudki błota przyniesione przez dzieci na butach).

– Zamieniłam ją w glinianą figurę, pokonałam ją nareszcie, nie będzie już opowiadać bajek! – śmiała się jędza – i was też zaczaruję.

Wyciągnęła sękatą gałąź (Staś przypuszczał, że była to jej różdżka) i zaczęła mamrotać zaklęcie. Wtedy Staś z Frankiem i Basią rozciągnęli cienką włóczkę i przywiązując ją do licznych sprzętów –utworzyli rodzaj prostej pułapki. Schowali się pod stołem, a czarownica rzuciła się za nimi w pościg, zaplątała się w sieć i wyciągnęła jak długa na sosnowej podłodze. W tym samym momencie z jej torby wyleciała jakaś księga.

Zanim starucha zdołała się podnieść – Staś porwał książkę i wybiegł z domku, a za nim wybiegły bliźniaki i błotne skrzaty.

– To na pewno nie jest książka z bajkami, takie jędze nie czytają dzieciom bajek – zauważyła Basia.

Staś kartkował księgę i czytał na głos tytuły rozdziałów. Trafił wreszcie na zaklęcie dotyczące zamieniania w gliniane figurki:

– „Jedynie woda z czystego strumienia płynącego przez sosnowy las może zmyć czar” – przeczytał na głos.

Basia weszła do chatki po gliniany dzbanek i ucieszyła się widząc czarownicę zaplątaną w przygotowaną pułapkę. Następnie wraz z braćmi ruszyła na poszukiwanie strumienia, a tymczasem błotoludki wróciły do chatki i pilnowały czarownicy, która zaplątawszy się w sieci z włóczki nie mogła się wydostać. Dodatkowo błotoludki oblepiły jej włosy, płaszcz i kapelusz błotem.

Dzieci nie musiały iść daleko, bo właśnie nieopodal płynął strumyk, a nad nim rosły jakieś drzewa.

– To pewnie sosny – powiedział Staś – bo tam dalej jest blok, który nazywa się „Apartamenty pod sosnami”, widziałem napis ostatnio – chłopiec wskazał najbliższe zabudowania.

I rzeczywiście, to były sosny. Dzieci nabrały wodę do glinianego dzbanka pobiegły z powrotem. Kiedy oblały dobrą wróżkę wodą ze strumienia – czar prysł. Ula była im bardzo wdzięczna, wyjęła małe fajansowe talerzyki, ukroiła po kawałku ciasta i poczęstowała nimi całą trójkę, oraz błotoludki. Kiedy wszyscy zajadali deser i słuchali niezwykłych opowieści leśnej czarodziejki – zła wiedźma wydostała się z pułapki i udało jej się uciec.

Dzieci wróciły z błotoludkami do ich wioski. Na ich powitanie wybiegły inne błotne skrzaty – zapłakane i przerażone.

–  Król Bagien znów wysłał swoje bagienne gnomy po daninę – płakały skrzaty.

– Porwali nawet troje naszych dzieci! – załamywały ręce.

 

Część druga: Błotoludki i Król Bagien

Część trzecia: Ucieczka



Łąkowe elfy i leśna wróżka

Przenieśmy się dziś do lata. Ukwiecona łąka, która od wiosny nie widziała sianokosów. Brzęcząca od owadów, pachnąca słodko, pełna własnego sekretnego życia w kolorach wszystkich polnych kwiatów.

Dzieci goniły się po łące i chowały w głębokiej trawie. Staś ukryty przed rodzeństwem z fascynacją przyglądał się żuczkowi, który konsekwentnie brnął przez przeszkody w postaci coraz to nowej grudki ziemi, uschłej trawki, czy wielkiego liścia. Franek leżał na plecach i przyglądał się chmurom przepływającym po jasnym, błękitnym niebie, ptakom fruwającym nad łąką i odlatującym w stronę drzew. Basi trudniej było zbyt długo się ukrywać, podskakiwała i wołała braci, biegała, a kiedy próbowała się schować – zaraz było słychać jej śmiech.

W pewnym momencie Staś zobaczył zielonego ludzika ze skrzydełkami ubranego w strój z traw i płatków kwiatów.

– Witaj! Kim jesteś?

– Jestem elfem łąki – odpowiedział – a ty jesteś ludzkim dzieckiem, tak?

– Tak! Jestem chłopcem! Mam na imię Staś. Chodzę do przedszkola, ale teraz przyjechaliśmy na weekend na wieś. Mam też rodzeństwo – Basię i Franka. Oni są bliźniakami, bawię się z nimi w chowanego i berka równocześnie. Chociaż ja to jestem agentem do  zadań specjalnych i dżentelmenem, i pomagam słabszym…. – Staś nie przestawał mówić.

– Pomagasz słabszym? – przerwał mu elf – czyli mniejszym też, prawda?

– Tak, no pewnie – dziarsko odpowiedział chłopiec.

Zaraz też zawołał siostrę i brata. Kiedy nadbiegli – elf opowiedział im o chorobie swego króla i o tym, że w lesie mieszka Ula Leśna-Babcia dobra wróżka, która potrafi uwarzyć lekarstwo na królewską dolegliwość. Niestety podczas choroby króla elfy nie mogą opuszczać łąki. Poprosił dzieci, by udały się do Uli Leśnej –Babci po pomoc dla króla. Zaopatrzył dzieci w szczegółową instrukcję i cała trójka ruszyła na wyprawę.

Kiedy wchodzili do lasu Staś się zawahał:

– Nie możemy przecież sami wchodzić do tego lasu. A jak się zgubimy?

– No co ty! – Basia lekceważąco machnęła ręką i wkroczyła w cień lasu.

– Chcesz, żeby król łąkowych elfów umarł? – spytał Franek i ruszył za siostrą.

Staś niechętnie poszedł za nimi. Szybko jednak przejął dowodzenie ekspedycją i odczytywał wskazówki zostawione mu przez elfa:

– Strumyk, musimy znaleźć strumyk – powiedział.

– Tutaj płynie – wskazał Franek pod nogi brata.

– Świetnie, a teraz w prawo, wzdłuż strumyka, aż do zwalonego pnia. Nie widać pnia.

– Tam jest pień, ja widzę – zawołał Franio.

I tak przez całą drogę Staś odczytywał instrukcję, Franek odnajdywał znaki, a Basia biegła przodem.

W końcu dotarli do chatki na małej, słonecznej polance. Dzieci raźno weszły do środka.

– Dzień dobry, pani Ulu Leśna-Babciu. Przyszliśmy po lekarstwo dla króla łąkowych elfów  – powiedział Staś, a Basia schowała się za nim.

Ula Leśna-Babcia uśmiechnęła się ciepło do dzieci. Poczęstowała je pachnącym plackiem drożdżowym i zabrała się do przygotowywania eliksiru dla chorego króla. Tymczasem do chatki zaglądały zwierzątka, leśne skrzaty, ptaki –  w poszukiwaniu pomocy, lub po prostu w odwiedziny do Leśnej Babci, która nad wszystkimi roztaczała atmosferę przyjaźni i bezpieczeństwa. Wszyscy lubili słuchać baśni, które opowiadała kręcąc się po izbie. A nie przestawała opowiadać o krasnoludkach, elfach i przygodach zwierzątek, nawet kiedy robiła miksturę dla króla. Kiedy wreszcie skończyła przygotowywać lekarstwo podała je dzieciom, ale przestrzegła je przed złośliwą czarownicą, która ciągle chce jej  robić na złość:

– Próbuje wykradać moje eliksiry i mikstury, rzuca czary na posłańców, pewnie i wam będzie próbowała odebrać tę buteleczkę, albo jakoś was zmylić. Bądźcie czujni i uważajcie na siebie.

Dzieci ruszyły w drogę powrotną, ale droga wyglądała inaczej. Nie mogły odnaleźć charakterystycznych miejsc, zaczęły błądzić. W pewnym momencie Staś potknął się o korzeń, którego wcale nie widział, wywrócił się, fiknął koziołka i wypuścił z rąk buteleczkę od wróżki leśnej. Fruuu! Lekarstwo poszybowało i wpadło w gęste paprocie. Franek usłyszał czyjś złośliwy śmiech, ale krzyk Stasia zagłuszył ten dźwięk. Dzieci zaczęły szukać eliksiru, Franek zanurkował w paprocie i z triumfem wyszedł trzymając w ręce lekarstwo. Wtedy zza jeżyn wyszła mała, pomarszczona i brzydka wiedźma, która chciała wyrwać chłopcu eliksir. Basia rzuciła w nią szyszką, wiedźma zachwiała się i upadła, a Staś chwycił Franka i Basię za ręce i zaczęli biec przed siebie. Szybko wybiegli z lasu, okazało się, że byli tuż przy łące, na której mieszkał chory król i elfy łąkowe. Małe elfy zaraz otoczyły dzieci i zaprowadziły je do siedziby króla. Król miał piękny kwiecisty pałac na środku łąki, który dla niewtajemniczonych wyglądał, jak niepozorny krzak głogu.

Kiedy chory król wypił lekarstwo przygotowane przez Ulę Babcię-Leśną, poczuł się lepiej i elfy urządziły wielkie święto radości i tańca. Stara bajarka usiadła Stasiowi na ramieniu, otoczyły ją elfy, a ona opowiadała piękne baśnie o wróżkach i elfach – i jak dodawała – sama była świadkiem tych przygód.